LOMIANKI.INFO
ZALOGUJ SIĘ / ZAREJESTRUJ

sobota, 23.9.2017


LOMIANKI.INFO

NEWSY - ŁOMIANKI
PRZEGLĄD PRASY

KATALOG FIRM
MAPA ŁOMIANEK
OGŁOSZENIA
INFO-BIZNES
GALERIA

MIESIĘCZNIK .INFO

SONDY - ARCHIWUM
ŁOMIANKI W SIECI
KAMERA INTERNETOWA

Szukaj
w ŁOMIANKI.INFO
Szukaj
FIRMY lub USŁUGI



Zapraszamy do zabawy literackiej!
2013-10-04

KOMENTARZE: 17

Wszystkie miejsca, o których napiszemy istnieją rzeczywiście w naszym sąsiedztwie! Ulice, lokale, ludzie – wszystko wyda się Wam znajome. Rozpoznacie tu waszych znajomych, a może nawet siebie!

Ale co najważniejsze – to Wy będziecie mieli wpływ na to, jak potoczy się akcja i kto się w niej pojawi! Na specjalnie utworzonej stronie www.piszemy.lomianki.info czekamy na Wasze sugestie, jak powinna rozwijać się akcja. Puśćcie wodze fantazji i twórzcie przyszłość dla naszych przygód – twórzcie nowe wątki, proponujcie miejsca akcji, wprowadzajcie bohaterów (najlepiej prawdziwych!), a przede wszystkim wpływajcie na charakter naszej opowieści.

Na razie, daliśmy Wam kilka tropów i jak się zorientujecie, są one raczej zagadkowo-kryminalne... Ale może wcale nie? Może to tylko tak wygląda, a w gruncie rzeczy okaże się, że... ojtam ojtam!
Może będzie śmiesznie, może strasznie, może miłośnie, a może horrorystycznie? Na pewno nie nudno!

Swoje pomysły wpisujcie w formie komentarzy do wątku dotyczącego nowego odcinka minipowieści. Jeżeli czujecie się na siłach, po prostu piszcie gotowce. Wysyłajcie je na: piszemy@lomianki.info. Jeśli spełnią nasze wyśrubowane wymagania ;) zamieścimy je jako kolejne odcinki (oczywiście podając autora).
Ale jeśli nie czujecie się zbyt silni w pióroklawiaturze – wystarczy, że nakierujecie naszą wyobraźnię na odpowiednie tory. To będzie jazda!
A... może macie pomysł na tytuł?

Po zakończeniu naszego projektu, całość zostanie zebrana w formie e-book oraz wydana jako regularna powieść, na papierze, całkiem na poważnie.

Marek Olkowicz



ODCINEK 1

– Dlaczego ona tak szczeka? Może coś tam znalazła? – Aneta z niepokojem nasłuchiwała jazgotu Luny – Idź za nią, zobacz co się tam dzieje!
Artur niechętnie przekroczył linię zarośli i odsuwając kolczaste gałęzie, tak by nie poranić twarzy , zanurzył się w mokry, pachnący zgniłymi liśćmi gąszcz. Luna nie odbiegła daleko. Jakieś dwadzieścia pięć metrów od drogi podskakiwała z podkulonym ogonem, ujadając w niebogłosy. Przed nią, najwyraźniej powodując ten spektakl , leżało coś obrzydliwego.
– Luna! Chodź tutaj! Chodź do mnie! – Artur przywołał psa głosem nie znoszącym sprzeciwu.
– Co tam jest, co się dzieje Arturku? – od strony Sierakowskiej dobiegał zniecierpliwiony i zaniepokojony głos Anety.
– Idź do pani! No już uciekaj! – Artur tupnął nogą na Lunę, odsyłając ją do żony, a sam ostrożnie zbliżył się do tego czegoś, co zaniepokoiło psa.
– No i co tam jest? – rzuciła Aneta, kiedy tylko Artur pojawił się na drodze.
– Wiesz... Trudno w sumie powiedzieć. Mam nadzieję tylko, że luna nie próbowała tego kosztować. Tak na oko to sarna. Może nawet dwie? W każdym razie paskudnie zmasakrowana.
– O mój Boże! Biedne stworzenie... Co to mogło się stać? Może zdziczałe psy?
– Możliwe, chociaż resztki wyglądają tak, jakby to zwierzę wpadło w wiatrak...

* * *


Autobus zatrzymał się nieopodal poczty. Mężczyzna wysiadł i rozejrzał się w obie strony, widać było, że nie wie, dokąd ma iść. Kiedy zielono-kremowy Solaris odjechał w kierunku Kiełpina, mężczyzna rzucił okiem na drugą stronę Warszawskiej.
„Restauracja – bar” napis natychmiast zwrócił jego uwagę. Uważając, by nie wpaść pod nadjeżdżającego Opla, przyjezdny przeszedł na drugą stronę ulicy i już po chwili siedział na wysokim stołku w Chillinie, zamawiając piwo.
Na oko miał trzydzieści lat i wyglądał na turystę. Może raczej podróżnika... Podróżnik w Łomiankach, to brzmi zabawnie, ale on tak właśnie wyglądał. Ubrany był w bojówki i polarową bluzę. Na nogach miał schodzone buty trekkingowe. Stroju dopełniał sprany kapelusz typu boonie, a niewielki plecak, też już ewidentnie po przejściach, spoczywał sobie spokojnie pod hokerem.
– Fajne miejsce. – zagaił przybysz.
– Nie no, tak! – barman z uśmiechem podał mu piwo. – Bardzo fajne i dobrze też dajemy w michę. Na talerz znaczy. Oj, no jedzenie też mamy dobre.
– To może za chwilę, ale tak przy okazji, nie wie pan, gdzie tu mogę znaleźć jakiś nocleg?
– Michał. Ja jestem Michał, żaden „pan”, ale nie jestem stąd... Trzeba by zapytać kogoś miejscowego, że tak powiem. Będziemy pytać, jak ktoś przyjdzie, okej? A teraz musze na chwilę do kuchni, bo mi pieczeń, za przeproszeniem, dochodzi.
I zniknął za westernowymi drzwiczkami prowadzącymi do kuchni. Chyba nawet nie usłyszał rzuconego przez gościa:
– A ja Krzysztof... Taaa.
Krzysztof łyknął zdrowo ze szklanki, napawając się przyjemną goryczą złocistego płynu. Następnie sięgnął do plecaka i wyciągnął sztabową mapę, dosyć starą z wygladu, z jakimiś znaczkami naniesionymi różnymi kolorami. Rozłożył mapę na barze i z uwagą zaczął ją studiować. Drgnął, kiedy usłyszał zza pleców:
– To puszcza, prawda? Kampinoska, tu będzie Sierakowska, tu na skraju Łuże...
A te znaczki to co? Grzybowiska? – głos należał do ponad pięćdziesięcioletniego mężczyzny, który z zaciekawieniem przyglądał się mapie ponad ramieniem turysty.
– Tak. – Krzysztof uśmiechnął się do nieznajomego – Tak, Puszcza Kampinoska, ale nie, nie grzybowiska. To miejsca... To miejsca, które muszę sprawdzić.
– Ale to chyba nie dzisiaj, za chwilę będzie zmierzchać.
– No właśnie, nie dzisiaj... I szukam noclegu. Zna pan jakieś niedrogie miejsce?
– Ja mogę w sumie przenocować, pokój jeden wolny stoi, kanapa w środku jest...
Dwie dyszki, może być w browarze tu na miejscu.
– Pasuje!
Mężczyźni z rozmachem przybili sobie dłonie.

* * *


– Straż miejska Łomianki, słucham.
Strażnik oparty o framugę patrzył z zaciekawieniem na dyspozytora, który odebrał telefon.
– Gdzie? Dobrze, już tam jedziemy. Proszę na nas zaczekać, żeby wskazać drogę.
– Co się stało? – strażnik podrzucał kluczyki w dłoni, czekając na relację kolegi.
– W sumie nie wiadomo, chyba trzeba będzie zadzwonić na policję... A może jeszcze nie?
– Ale co jest?
– Dzwonili z Dziekanowa. Jakaś kobita spacerowała przy szpitalu i trafiła na starą studnię, czy coś takiego. No i mówi, że strasznie z tego wali padliną.
– Co?
– I muchy latają...
– I co, mamy teraz zbierać śmieci?
– No właśnie nie. Ona mówi, że jest lekarzem i że to na pewno jest jakaś padlina i to nie trochę, a dużo i że boi się, czy to nie jest człowiek na przykład, bo podobno łatwo tam wpaść. A nic nie widzi, bo ciemno...
– No niesamowita historia! Wprost nie mogę się doczekać co tam znajdziemy!
– Schowaj sobie tę ironię dla żony, wiesz?

* * *


– A to już jest Dziekanów.
Mężczyźni sącząc piwo przyglądali się mapie.
– Daleko to?
– Nie, no skąd! Tu nic nie ma daleko, a jakby co można podjechać autobusem.
A, jak widzę, to chyba niedaleko szpitala jest, to tam jest przystanek zaraz. I co to tam ma być?
– Prawdopodobnie jakaś stara studnia. Ale może być już zasypana. Albo może jej w ogóle nie być. To właśnie chcę sprawdzić.
– Skarby? Co?
– Skarby, skarby! – z kuchni wyskoczył uradowany Michał, i postawił przed gośćmi talerz, na którym spoczywały trzy płaty apetycznej pieczeni, nasycające powietrze niesamowitym aromatem.
– Chłopaki! Wyszła! Wy sobie skosztujcie, a ja poleję rudą.
– Rudą? – zdziwił się przyjezdny.
– Żołądkowa. Dla nas ona ruda...

ODCINEK 2

***


- Rany, stary! Ale tu cuchnie!
- Od kilku dni już to czuć, wiesz, biegam tę trasę codziennie. Pewnie jakiś rozjechany pies. Albo inne zwierzę. Tak bywa, trącą autem i wrzucają byle gdzie, żeby na jezdni nie leżało. Jak nie sprzątną, zrobię inne kółko.
- A kto Ci przyjedzie sprzątnąć?
- No nie wiem, straż miejska, pożarna... Ktoś to powinien zgłosić.
- Ktoś?

***


Artur czuł ucisk w żołądku, gdy szedł z psem na spacer. Nie mógł uwolnić się od widoku poszarpanych zwierząt. Wychodząc z Luną, omijał to miejsce, ale i tak zabierał ze sobą duży kij, latarkę i straszaka. Dlaczego zachowuje się tak irracjonalnie? Dlaczego kawałek truchła napawa go takim lękiem? Żył w stresie od kilku miesięcy z powodu problemów, o których nie był w stanie powiedzieć Anecie, ale to nie miało nic wspólnego z tamtym spacerem.
- Cholera, schiza jakaś mnie bierze, poszarpana sarna i tyle! - mścił pod nosem. - Jesteś, do diaska, dorosłą, rozumną istotą, to żaden horror w realu, po prostu zwierzę!
- Halo! - Artur usłyszał nagle głos za sobą.
Zamarł. Bał się odwrócić. Luna zaczęła szczerzyć kły w kierunku tamtego człowieka.
- Niech pan uspokoi psa, chciałbym o coś zapytać.
Artur wciąż się nie odwracał.
- No niech pan uspokoi tego psa!
Głos był bardziej stanowczy, ale nie mocniejszy, to znaczy, że ten ktoś stał nadal tak samo daleko. Ściskając mocno kij, Artur powoli obrócił się i przeniósł wzrok na intruza.
- O, Artur! Cześć, to ja Krąż. Nie poznałem cię z tyłu w tym płaszczu i kapturze. Jejku, stary, jak ty wyglądasz... Źle się czujesz, czy co?
- Luna! Do nogi! - wycedził przez zęby Artur i pociągnął za smycz. W głowie czuł totalną pustkę, nie zadał sobie nawet pytania, dlaczego pies szczeka na kumpla, a znali się przecież od zawsze.
- Artur, źle się czujesz? - Krąż podszedł trochę bliżej, ale trzymał dystans, bo Luna mimo przywołania warczała cicho, siedząc obok nogi swojego pana. - Stary, powiedz coś, bo zacznę wierzyć w zoombie.
- Aaa nie, w zasadzie dobrze wszystko. Co tu robisz? Przecież nie masz psa.
- Twój za to jakiś ostry dziś. No Lunka, nie poznajesz mnie... - Krąż kucnął i wyciągnął rękę w stronę suki, ale Luna ostrzegawczo dała głos. - Widzę, że pani nie w humorze – powiedział, podnosząc się. - Masz może latarkę? Dziś biegaliśmy tu niedaleko z Bieniem i coś strasznie śmierdziało. Nie dawało mi to spokoju, więc przyszedłem zobaczyć. Wali strasznie, ale niewiele widzę, bo już zmierzcha. Nie pomyślałem, żeby zabrać swoją.
- Mam latarkę, ale właściwie to już powinienem wracać do domu... Aneta będzie się niecierpliwić...
- Hej, ale to niedaleko, nawet 5 minut wszystko nie potrwa. Chodź, obejrzysz. Może Luna coś wywącha.
Artur poczuł, jak dreszcz przechodzi przez jego ciało, ale mimo lęku, chciał zaspokoić swoją ciekawość. Wtedy też niewiele widział. Może się okaże, że to nic wielkiego i przestanie go prześladować ten widok. W końcu idą we dwóch. I z psem. Co się może stać? To tylko Dąbrowa. Mieszka tu od lat.

***


Była pewna, że ten facet, którego widziała zza okna samochodu, to Krzysztof. Nie widziała go od tamtych wakacji, kiedy przemierzali rowerem Kampinos. Ile to było lat temu? Chyba piętnaście? Zakochała się jak głupia gęś. On był starszy, mądry, wiedział tyle ciekawych rzeczy. Miała wrażenie, że oprowadzał ich po puszczy, jak po własnym domu. Tu było zrzutowisko, tu kryjówka partyzantów, tu coś tam jeszcze. Zresztą mało przywiązywała uwagi do tego, co mówił, byleby mówił... Miał aksamitny głos, od którego miękły nogi.

Co on tu robił? Nie wiedział przecież, że zamieszkała w okolicy. Że zamieszkali. Ona i jej mąż. Krzysztof nie wiedział właściwie nic o jej życiu. Nie mogła mieć pewności, czy w ogóle zapamiętał jej imię. Była epizodem z lasu. Namiętnością wśród jałowców. Dziś szlakami rowerowymi można podobno objechać puszczę w ciągu dwóch dni. Co my w niej właściwie robiliśmy przez tyle dni? Czasem wraca w jedno miejsce, niedaleko leśniczówki. Teraz nazywa się to Pod Starym Dębem. Tam właśnie...


Chrzęst klucza w zamku wyrwał ją ze świata wspomnień. W przedpokoju rozpoczęła się krzątanina. W końcu uchyliły się drzwi i Luna wpadła z impetem do salonu.

***


- Trzeba raport napisać z tej intenwencji w Dziekanowie.
Strażnik spojrzał na kolegę. Siedział cicho w kącie wtopiony w biurowe krzesło, jakby było bezpiecznym schronieniem.
- Nic nie będę pisał.
- Dawaj, napiszmy to i już. Przecież nie my będziemy to kontynuować. Nasza robota kończy się na tym raporcie. Ma to przejąć policja. Chłopaki z OSP mówili, że kroi się gruba sprawa. Szczątki poszły do ekspertyzy. Zamieszanie będzie, ale my wracamy już do normalnych zajęć.
- Ty napisz.
- No weź, tobie zawsze idzie to lepiej.
- Już nie.
- Ty! Coś tak się nabzdyczył? Nie, to nie. Napiszę sam. Bez łaski!
Strażnik usiadł przy komputerze i na monitorze powoli zaczęły się pojawiać czarne literki. W pokoju zapanowało milczenie, ciszę przerywało nerwowe tykanie zegara.
- Masz - człowiek wciśnięty z krzesło wyciągnął rękę do kolegi.
- Daj spokój, sam dokończę – odburknął funkcjonariusz.
- No masz, napisz, że znalazłem to na miejscu.
Strażnik odwrócił się i sięgnął po przedmiot, ukryty w dłoni kolegi. Okrągły medalion na łańcuszku. Jeszcze zabłocony, ale nie na tyle, by nie można było odczytać słów na nim wygrawerowanych.

„Jest droga, co komuś zdaje się słuszną, lecz w końcu prowadzi do zguby”.

ODCINEK 3

***


– Żołądkowa to zło! – Krzysztof masował skronie i próbował skupić wzrok na gołej żarówce wiszącej pod sufitem. Swoją deklarację wygłosił na dźwięk skrzypiących, otwieranych drzwi.
– Oj tam oj tam – gospodarz najwyraźniej nie podzielał tak skrajnego zdania. – Kupiłem ci browara, możesz zaklinować. Tylko ja... Znaczy, jak chcesz, to pij, ja będę musiał trochę jeździć po Łomiankach, więc, jakby co, mogę ci najwyżej zostawić lustro...
– Dam radę i bez lustra, a za ten łyk złotego nektaru niechaj bogowie cię wynagrodzą
– Krzysztof zerwał się z posłania i nieomal wyszarpnął puszkę Kasztelana z rąk swojego zbawiciela.
– Bogowie? Wyznajesz kilku? Hi hi, jakby się tylko Kiliszek dowiedział...
– Piwo z kieliszka? Lepiej z kufelka, ale nie, nie trzeba, tak sobie pociągnę... – to mówiąc gość oberwał zamknięcie puszki, jakby to była zawleczka granatu, po czym z rozpędu opróżnił piwo do połowy. Następnie beknął rozbrajająco i potężnie, a jego nieogolone oblicze rozjaśnił uśmiech będący ucieleśnieniem rozkoszy.
– Mistrzu, niniejszym stwierdzam, iż uratowałeś mi życie. Najpierw zapewniłeś mi godny wypoczynek, a teraz faktycznie uratowałeś moje życie. Takich rzeczy się nie zapomina!
– Dobra, dobra – dobroczyńca wyraźnie czuł się skrępowany wylewnością Krzysztofa, z drugiej jednak strony aż pokraśniał z zadowolenia. – Wspominałeś wczoraj, że przydałby ci się komputer. Mam takie cudo od córki, z zagranicy. Sam nie korzystam, bo... tego, no... nie umiem. Ale zaraz przyniosę.
Zanim Krzysztof zdołał wciągnąć spodnie, na stole pojawił się laptop. Na oko miał ponad pięć lat, ale nic nie sugerowało, że miałby być niesprawny. Po podłączeniu zasilania odpalił natychmiast.
– Super! Gdyby jeszcze tak...
– Internet? Nie ma problemu. – gospodarz wszedł mu w słowo, a w jego ręce pojawiła się karteczka z jakimiś kulfonami, które okazały się hasłem. – Wreszcie się do czegoś przyda. Mam telewizję z oryndża przez satelitę. To i internet mi dali, ale Bóg mi świadkiem, w życiu jeszcze tego nie używałem... Chociaż w sumie płacę.

***


Michał, właściciel i zarazem barman z Chillina, otworzył lokal koło ósmej. Jak zwykle po nocy przespanej na kanapie w knajpie, otworzył drzwi od środka, co dawało mu złudzenie, jakby wychodził przed dom, gospodarsko zachęcając gości, by odwiedzili jego skromne ściany.
Zmrużył oczy, chroniąc je przed atakiem bezlitosnego słońca. Położył dłonie w okolicach lędźwi i wygiął całe ciało do tyłu, usiłując naciągnąć kręgosłup, który po nocy spędzonej w niewygodnej pozycji, wydawał się być masztem namiotu porozkładanym na kawałki. Odgłos, jaki dało się przy tym słyszeć przypominał łamanie suchej deski. Kiedy z uśmiechem zadowolenia, w jaki przeszedł chwilowy grymas, towarzyszący temu fizjoterapeutycznemu zabiegowi, otworzył oczy, gotów stawić czoła wyzwaniom kolejnego dnia, wrzasnął z przerażeniem i cofnął się o krok. Przed nim stały dwie identycznie odziane i w ogóle tak podobne do siebie, że wydające się rozdwojeniem jednego obrazu widziadła. Właściwie były to dziewczyny, można domniemywać, iż bliźniaczki. Jednak ich wygląd sprawiał, że określenie „widziadła” dobrze opisywał stan faktyczny. Obie były niesamowicie blond. Były tak blond, że musiały być albinoskami (bo raczej chyba nie posiwiały na widok Michała dokonującego łamania kręgosłupa). Blond miały włosy, brwi i rzęsy. Ich twarze wydawały się bardzo blade, a tęczówki oczu na pewno miały krwistoczerwony odcień. Chociaż to akurat trudno było stwierdzić, jako że nosiły identyczne, ciemne okulary. Ubrane w skórzane płaszcze, z wystającymi z nich chudymi nogami wyglądałyby groteskowo, gdyby nie były tak... niesamowite.
Michał cofnął się i zatrzasnął drzwi odcinając się od świata, na którym o tak wczesnej porze poruszały się potwory.
– Żołądkowa to zło! – pomyślał, sprawdzając, czy drzwi są dobrze zamknięte.
Tymczasem całkiem realne niedoszłe klientki, poszukujące porannej kawy spojrzały na siebie, wzruszyły ramionami i ruszyły wzdłuż Warszawskiej w poszukiwaniu innego lokalu.

***


Czy można nazwać policjantem kogoś, kto po niespełna pół roku szkoły policyjnej wychodzi na ulicę, wciąż czując się w mundurze jak przebieraniec? Czy „prewencja”, jako nazwa służby, brzmi dumnie?
– Ty, Przemek, a właściwie po co nas tu wysadzili w tym lesie?
– Mamy obejrzeć teren, widzisz te druty kolczaste, tam, widzisz?
– Nie no, słuchałem przecież na odprawie... Mnie chodzi o to, czy oni sobie z nas nie robią jaj. Rozumiesz? Ja w sumie nie po to wstępowałem do policji, żeby teraz na wycieczki łazić. Rozumiesz? Dwa, kurde, kroki od stolicy! Rozumiesz? Marszałkowska, Stare Miasto, Stadion Narodowy... Nawet ta, kurde, tfu-tfu-tfu, Pepsi Arena... A my w lesie, rozumiesz? Jak jakiś, za przeproszeniem, gajowy!
– Seba, wyluzuj. To jest ciekawe miejsce.
– Taaa... Prawie jak u mnie za stodołą.
– Przymknij się Seba i posłuchaj, co wyguglałem.
Przemek zatrzymał się i przekrzywiając smartfona tak, żeby słońce nie przeszkadzało w odczytywaniu tekstu zacytował:
– Atomowy bunkier dowodzenia w Puszczy Kampinoskiej. Puszcza Kampinoska kojarzona jest... bla bla bla, o tutaj.
– ... dość ciekawą, kiedyś ściśle tajną budowlę, odporną na atak nuklearny – kwaterę dowodzenia PRL.
W latach sześćdziesiątych... dobra dobra, no w każdym razie chodzi o to, że wchodzisz na teren tajnej bazy! Czaisz?
– To znaczy jak? Jak tajnej, rozumiesz, jak brama otwarta i w ogóle?
– Nic nie rozumiesz. Tajna ona była. Teraz nie jest tajna, ale to nie znaczy, że jawna. Wchodzić tu można, sam zauważyłeś. Ale to nie znaczy, że wszystko co tu się dzieje jest legalne i w ogóle. Kilka pięter w dół, skrytki, zakamarki, praca detektywistyczna. James Bond normalnie skrzyżowany z Indianą Jonesem. Taki James Jones... albo Indiana Bond...
– Albo porucznik Borewicz. 007 zgłoś się...
– Patrol czwarty zgłoś się!
Z radiotelefonu przy pasku Przemka dobiegł chropawy głos dowódcy.
– Tu czwórka, potwierdzam.
– Jesteście już na miejscu?
– Tak jest, potwierdzam – powtórzył funkcjonariusz.
– Przypominam, macie dokonać tylko zewnętrznych oględzin! Absolutnie nie macie włazić do żadnych piwnic! To jest rozkaz! A raczej, kurrr... dybanek, zakaz! Jak mi się zgubicie, to nogi z dupy powyrywam i w uszy powkręcam! Jasne!?
– Tak jest, potwierdzam, w uszy! Bez odbioru. – Przemek odwiesił radio na miejsce i z politowaniem spojrzał na Sebastiana, wciąż zaczytanego w tekście ze smartfona.
– Srejms Błąd. Sobie poszukasz! Grzybów i gówien, rozumiesz. Z zadupia, na zadupie, całe życie, rozumiesz, to samo!

ODCINEK 4

***


Działo się coś dziwnego – Artur to czuł, chociaż w duchu usiłował wszystko racjonalnie wytłumaczyć. Skoro truchło śmierdziało, ktoś je musiał oprócz niego i Krąża zauważyć. Powiedzmy wyczuć. Jeśli tak się stało, prawdopodobnie ten ktoś albo sam zadziałał, albo zgłosił sprawę Straży Miejskiej.
I to musiało spowodować, że makabryczne szczątki zniknęły. Bo zniknęły.
Artur zdjął kurtkę i w ślad za Luną wszedł do pokoju. Musiał mieć dziwną minę, bo Aneta od razu zorientowała się, że coś jest nie tak.
– Co się stało Arturku? Co cię trapi?
– A wiesz, to jest dziwna sprawa w sumie. Pamiętasz to rozszarpane zwierzę, które Luna wczoraj znalazła?
– Oczywiście pamiętam, że coś znalazła, ale sam wiesz, że nie wiem, co to było, bo tam nie zaglądałam. Chyba bym umarła...
– No właśnie i wiesz...
– Tak?
– To zniknęło. Padliny nie ma, ale coś mi tu śmierdzi.
– Widocznie smród jeszcze nie wywietrzał.
– Nie, nie. Mówię w przenośni. Śmierdzi mi ta cała sprawa. To znaczy, może i ktoś powiadomił Straż i oni się tym zajęli, ale no nie wiem... Coś byśmy zauważyli. Rozumiesz, jakąś akcję, ktoś by gadał w sklepie i w ogóle. A tu cisza, tylko te resztki zniknęły...
– No to zadzwoń na Straż i się zapytaj. Chyba ci powiedzą jakby co. A to jest obywatelska postawa. Trzeba zgłaszać takie sprawy i ogólnie trzymać rękę na pulsie.
To nic, że zniknęło, ale nie wiesz dokładnie, co tam było. Oby to byli kłusownicy... A jeśli to poćwiartowany człowiek?
– Przesadzasz, to na pewno były zwierzęta. Widziałem. Krąż też zresztą.
– Mówiłeś, że on nie widział. Podczas biegania czuli tylko smród.
– No tak. Racja. Ale to na stówę były zwierzaki.
– Zadzwoń do Straży Miejskiej. Nawet jeśli to tylko zwierzę. Może jakiś drapieżnik pojawił się w puszczy. Trzeba ludzi ostrzec. Tyle osób chodzi na spacery, czasem samotnie.
– Pukną się w głowę. Ci strażnicy, jak im opowiem. Wariata będę strugał?
– Myślisz, że ludzie nie dzwonią do nich z dziwnymi sprawami? No przestań! Zgłoś anonimowo.
– Tak się chyba nie da.
– Mam zadzwonić? Gdzie masz komórkę?
– Dobra, już dobra.

***


– Straż miejska, dzień dobry.
– Jeszcze raz, proszę powtórzyć. Jaka ulica?
– Kiedy pan to widział?
– I mówi pan, że zniknęło?
– Mam prośbę. Czy mógłby pan do nas przyjechać? Proszę się nie denerwować. Takie zgłoszenia są bardzo ważne. Musimy spisać dokument i dokładnie wszystko zbadać.
– Dziękuję, zapraszam na Warszawską.

***

Przemek i Sebastian zaprzyjaźnili się w szkole policyjnej. Nie od razu na siebie wpadli, a jak już się poznali, nie stali się natychmiast przyjaciółmi, czy nawet kolegami. Każdy z nich miał inne aspiracje, dla każdego wstąpienie do policji miało inne znaczenie i nastąpiło z różnych powodów.
Sebastian chciał się wyrwać ze swojego gnuśnego, popegieerowskiego sioła, zaś Przemek miał dosyć małomiasteczkowych klimatów. Jeden łaknął świata, a drugi wielkiego świata, z tego powodu Przemek był gotów porwać się ze smartfonem na słońce, a drugi do tego celu wybrałby raczej motykę. W przedziwny sposób jednak się uzupełniali i razem stanowili całkiem zacny duet. Był tylko jeden problem – ciężko akceptowali fakt, że wstępując do policji, organizacji zhierarchizowanej, w której obowiązuje zasada realizacji rozkazów przełożonych, będą musieli tych rozkazów słuchać. I się do nich stosować...
Dlatego, po wyraźnym zakazie myszkowania w ruinach Przeciwatomowego Centrum Dowodzenia i po pełnym sarkazmu podsumowaniu Przemka, na moment zapadła pełna dezaprobaty cisza, komicznie spuentowana przez dzięcioła, który wbił się w pobliskie drzewo z energią młota udarowego.
– Jesteś dzięcioł, wiesz Przemek?
– Niby dlaczego, rozumiesz? – zaperzył się umundurowany młodzieniec.
– Bo niby kto nas skontroluje? Mamy dwie godziny patrolu, tak? I pewnie kilka wywołań.
Ale poza tym, mamy chodzić i patrolować, tak? Filować, czy nic się nie dzieje niezwykłego, tak? No to będziemy to robić, tylko bardziej na terenie i bardziej w środku.
– Ale... No zabronił wyraźnie, rozumiesz? Nie wolno...
– A co? Doniesiesz na mnie?
– Chyba żartujesz, ale...
– Żadne „ale” – ty sobie popatrzysz i popatrolujesz tu i tam. – Sebastian ogólnie wskazał ręka krzaki i górkę obok ruin tysiąclatki, w której kiedyś zamaskowano bunkier dowodzenia.
– A ja sobie popatrzę tam! – tym razem celem wskazującego palca Seby był ziejący ciemnością otwór w pagórku.
– Nie ma opcji, rozumiesz. – Przemek był wyjątkowo stanowczy – Nie pójdziesz tam sam!
– Aha? A niby jak mnie powstrzymasz?
– Wcale nie zamierzam cię powstrzymywać, rozumiesz? Właź, gdzie chcesz. Ale ja idę z tobą...
– Rozumiem! Zamierzasz nie wykonać rozkazu.
– Tak właśnie sobie pomyślałem, rozumiesz, szczególnie, że nie sądzę, że na mnie doniesiesz.
Finałem tej deklaracji nie mogło być nic innego jak „górna piątka”, po której nastąpił jeszcze „żółwik”.
– A jakby dowódca się pytał, to sobie chodzimy po lesie.
Funkcjonariusze wyciągnęli latarki i weszli do pomieszczenia, przypominającego zrujnowany garaż. Nie trzeba było stosować detektywistycznych metod Sherlocka Holmesa, żeby natychmiast zorientować się, kto tu wcześniej bywał. Paintballowcy, pijaczki, miłośnicy ognisk i kochankowie, wyraźnie dbający o świadome macierzyństwo.
Było brudno, wszędzie walało się mnóstwo śmieci i dodatkowo strasznie śmierdziało. Na pewno odchodami, ale chyba jeszcze czymś.
Z pewnością byłoby lepiej, gdyby Sebastian z Przemkiem zastanowili się, czy potężny żelbetonowy korpus bunkra pozwoli kontaktować się przez krótkofalówkę.
Z chwilą gdy weszli do obiektu, łączność z nimi urwała się jak przecięta nożem.

***

– Idziesz ze mną, czy zostajesz w aucie?
– Chyba zostanę, ja przecież nic nie widziałam... O czym mam im mówić? Poza tym to dziwne, że facet przychodzi z żoną, nie sądzisz?
– Dlaczego? Ale mniejsza z tym. Postaram się wrócić jak najszybciej. – Artur ciągle walczył w myślach ze sobą. Z jednej strony chciał wierzyć racjonalnym argumentom, z drugiej targała nim intuicja. Zresztą wiedział już, że Straż Miejska o niczym nie wiedziała, skoro prosili go o zgłoszenie.
Aneta odprowadziła Artura wzrokiem do drzwi, wzięła głęboki wdech i zastygła. Zza budynku wyszedł Krzysztof. Położyła rękę na piersiach i w pierwszej chwili chciała skulić się i schować pod deską rozdzielczą.
– Ale jestem głupia! – pomyślała. – I dlaczego dopiero teraz przyszło mi to do głowy – przecież to nie może być on! Choć to on właściwie... Dokładnie tak wyglądał tamtego lata. Ale dzisiaj powinien być piętnaście lat starszy. I siwych włosów więcej. Albo właściwie włosów mniej.
Krzysztof skręcił w jej stronę. W jednej chwili wyskoczyła z samochodu, zatrzasnęła drzwi i zaczęła równym krokiem iść prosto na niego. Facet przyspieszył kroku, jej serce waliło jak oszalałe. Zaraz go minie, a może wszystko się rozpłynie... Zrównali się i Krzysztof złapał ją lekko za ramię. Kiedy z popłochem spojrzała mu w oczy...
– Nie zamknęła pani auta – powiedział spokojnie, zupełnie obcym jej głosem.

***


ODCINEK 5

Bunkier, jakkolwiek ciekawy, nie okazał się miejscem przyjaznym. Wszędzie walały się śmieci, ba nawet odchody. Wszystko co można było wymontować zostało dawno zdemontowane i wyniesione. Ściany były upstrzone graffitti, ale ktoś owe betonowe płótna potraktował jedynie jak szkicownik, jako miejsce do wprawek – pomijając niecenzuralne treści, obrazki i tagi były nieudane, albo niepokończone, a w świetle latarek dodatkowo wydawały się szare czy czarnobiałe.
Ale przygoda była. Budynek, czy raczej podziemie miało masę zakamarków, ślepych korytarzy i pomieszczeń o nieznanym przeznaczeniu.
Sceneria w sam raz jako tło dla żądnych przygód dwudziestolatków. To, że akurat byli na służbie, z konkretnymi rozkazami i zakazami, jakoś chwilowo im umknęło. Chociaż...
- Seba, może wracajmy, bo jak coś, to rozumiesz... – Przemek chyba przypomniał sobie o tym kim i gdzie są.
- Ty, no jeszcze kawałek, teraz jesteśmy już tak daleko! Popatrz, tu chyba nikt jeszcze nie był!
Sebastian oczywiście przesadzał. Rzeczywiście ta niska kondygnacja nie zachęcała zwykłych ciekawskich do penetracji, ale prawdziwi eksploratorzy na pewno bywali tu już wcześniej. Co prawda nie zostawiali po sobie śladów, ale z pewnością nie były to dziewicze piwnice.
- To sobie tu wrócimy, rozumiesz, na przepustce, jak ci się tak podoba. Przyjadę z tobą, ale teraz już wracajmy, bo minęło pół godziny, a radio nie działa...
- Jak to nie działa? Serio? – Przemek po raz pierwszy nieco się zaniepokoił.
- No nie działa, pokazuje brak łączności, ale to jeszcze nie problem, jak zaraz wyjdziemy, to będziemy, rozumiesz, mogli coś ściemnić, że brakowało zasięgu, czy coś. Tylko chodźmy już.
- Mogłeś mi wcześniej powiedzieć, wiesz!? – w głosie Przema dało się słyszeć pretensję, chociaż gdyby się zastanowił, powinien ją mieć do siebie. – Ale mniejsza z tym, zobaczę tylko, co jest na tym niższym poziomie – mówiąc to wskazał ręką wąską klatkę schodową prowadzącą w smolistą ciemność – a potem spadamy. Jak nie chcesz, możesz tutaj na mnie poczekać. W ogóle, jak chcesz, możesz iść już na górę. No co się tak patrzysz?
- Kiedyś mnie wkurzysz, rozumiesz? Ale tak na serio. I nie będzie to tamto. Ale jak chcesz, złaź sobie na dół, a ja tu, rozumiesz poczekam. I nie dlatego, że się boję. Po prostu, jak z tobą zejdę, to pociągniesz nas jeszcze dalej. A to już będzie przegięcie...
Sebastian zorientował się, że mówi w pustkę, bo Przemek już ruszył w dół. Mniej więcej w połowie zejścia światło latarki zatrzymało się na ścianie i zaczęło ją obmacywać. Po chwili z dołu dobiegł głos Przema, brzmiący, jakby wydobywał się ze studni.
- Ty, ale jaja, znalazłem tajne przejście!
- Jakie znowu przejście, nie wymyślaj! Rozumiesz?
- Serio, tu jest zamaskowany właz, ale chyba uda się otwo...ooo...o żesz! Poszło!
Z czeluści dało się usłyszeć upiorne skrzypienie nienaoliwionych zawiasów a jednocześnie powiało jakimś innym, stęchłym powietrzem.
- Przemek, wracaj, rozumiesz! Co ty do cholery robisz! – tym razem Sebastian był już spanikowany.
- Zerknę tylko co jest za tym włazem, poczekaj na mnie! – zadudnił miłośnik przygód i światło zniknęło w ścianie.
- Ty krety...! – wrzasnął za nim Sebastian, ale zamilkł słysząc upiorny wrzask kolegi, cichnący wydawało się w głębi ziemi
- Sebaaaaaaaaaaaa...

***


Wizyta w siedzibie Straży Miejskiej nie zajęła Arturowi zbyt wiele czasu.
Generalnie chodziło o to, żeby osobiście powiedział co go niepokoi. Więc opowiedział wszystko, od momentu, kiedy Luna dokonała znaleziska, do tajemniczego zniknięcia sponiewieranego truchła.
- Więc nie potrafi pan powiedzieć, co to mogło być za zwierzę? - wbrew obawom Artura, funkcjonariusz nie tylko go nie zbył, ale wręcz wydawał się coraz bardziej zainteresowany.
- Ja nawet nie wiem, czy to było zwierzę... Chociaż, nie w sumie, na pewno zwierzę, no bo co innego mogłoby być? Jeśli miałbym zgadywać to sarna, albo nawet dwie sarny.
- I teraz tego nie ma?
- No, jak patrzyłem tam godzinę temu, to nie było, wątpię, żeby ktoś to zabierał i podkładał z powrotem. Nawiasem mówiąc, jak rozumiem, wyście tych szczątek nie sprzątneli?
Strażnik zrobił wielkie oczy.
- Nawet nie mieliśmy żadnego zgłoszenia, pan jest pierwszy. Niech pan jeszcze powie, czy to śmierdziało? Cuchnęło?
- Za pierwszym razem nic nie poczułem, ale później spotkałem kumpli... kumpla właściwie i on wspominał, że czuł smród padliny, ogólnie tak, z lasu, ale właśnie w tym miejscu. No i właśnie poszedłem sprawdzić, czy to jeszcze leży i zniknęło.
- Jakieś ślady zostały? – Strażnik był wyjątkowo dociekliwy.
- Prawdę mówiąc nie sprawdzałem.
- Wie pan co? To może się tam przejedziemy. Znajdzie pan to miejsce, prawda?
- Nie no, pewnie, że znajdę, w nocy nawet, ale co to się dzieje? Nie macie nic do roboty? Z tego co wiem, normalnie trudno was...
- Normalnie, to jest... normalnie. A dzisiaj jest trochę nienormalnie. Widzi pan, po pierwsze, to już drugie resztki znalezione w naszym rejonie, przy czym tamte pierwsze, to nie było... Właściwie, nie ważne.
- Co nie było? – tym razem to Artur się zaciekawił – Nie było zwierzę?
- Nie mogę o tym rozmawiać, ze względu na dobro śledztwa, rozumie pan. Zresztą to sprawa policji. A po drugie dzisiaj jest trochę nienormalny dzień. Zasadniczo, na nasz teren wkroczył czynnik zwierzchni.
- Wizytację macie?- Artur zupełnie nie wiedział, jak ma rozumieć słowa funkcjonariusza.
- Nie, nie, to nie chodzi o to. Dostaliśmy rozkazy, to znaczy, nie tylko my, policja też, żeby ograniczyć swoje działania...
- Jeszcze bardziej niż normalnie?
- Panie Arturze, doceniam pańskie poczucie humoru, ale może mi pan wierzyć, że dzisiaj nie jest normalnie. Jest nienormalnie. I w ogóle, jedźmy, jeśli mamy jechać, bo zaraz się ściemni i nic nie będzie widać.
- W tych krzakach, to i tak niewiele widać, ale jedźmy, ma pan rację.
Strażnik na wszelki wypadek wziął mocną latarkę i razem wyszli z posterunku.

***


- Kurczę! – pomyślał Maciek – Akurat jak składam gazetę, wszyscy muszą dzwonić!
W końcu odebrał komórkę po szóstym sygnale.
- Tak słucham! – nie można powiedzieć, że powitanie było specjalną zachętą dla dzwoniącego, ale i tak redaktor starał się powściągnąć swoje zniecierpliwienie.
- Panie Maćku, czy pan czasem nie wie, co się dzieje koło Szpitala Dziekanowskiego? – głos nie należał do nikogo znajomego.
- Nie mam pojęcia, a co się ma dziać?
- No... UFO, to chyba tam, prawda, nie wylądowało, ale jakby się uparł, to może i nawet...
- Przepraszam, ale ja nie mam czasu na żarty w tej chwili, mocno zajęty jestem. Proszę napisać na portalu...
- Kiedy ja nie umiem, tam, no nie bawię się w takie internetowe... Ale no mówię, niech pan podjedzie, od Lutza jak pan będzie jechał w stronę szpitala to pan zobaczy, nie mam możliwości, żeby pan nie zauważył, bo kupę ludzi jest, reflektory i w ogóle, to rzeczywiście, jakby jakieś UFO wylądowało. A ja dzwonię, prawda, no bo myślałem, że może pan coś wie... Ale, najwyżej tam, popytam ludzi na miejscu. To szczęść Boże, do widzenia.
Maciek usłyszał dźwięk przerywanego połączenia i a później ciągły ton. Przez chwilę wpatrywał się w słuchawkę, ale numer na wyświetlaczu nic mu nie mówił. Zresztą chyba nie miało to większego znaczenia. Istotne było pytanie: co robić? – wsiąść na rower i podskoczyć pod szpital, czy dać sobie spokój i dalej składać gazetę?
Po krótkim zastanowieniu stwierdził, że kontrolna wyprawa zajmie mu góra pół godziny, a taka przerwa może być nawet wskazana dla pracy. Co do Obcych w Łomiankach, raczej nie miał złudzeń, jednak, coś tam musiało się dziać, skoro „życzliwy” zdobył się aż na telefon.

Nie minął kwadrans kiedy redaktor lokalnej gazety przecierał oczy obserwując przedziwny spektakl, który rzeczywiście rozgrywał się nieopodal płotu szpitala. Teren był otoczony barierkami, przy których stali chyba żołnierze, bo po mundurach trudno było stwierdzić. W każdym razie byli uzbrojeni. Wewnątrz ogrodzonej przestrzeni było jasno jak w dzień, ponieważ wszystko oświetlały potężne reflektory.
Maciek wyciągnął aparat i szybko strzelił kilka fotek. Kiedy przeglądał je na wizjerze aparatu, by sprawdzić jak wyszły nagle zatrzymał się na jednym i powiększył obraz.
- No, UFO, jak cię mogę!
W kadrze uchwycił trzy sylwetki odziane w kosmiczne skafandry. Białe stroje szczelnie okrywały ludzi (no chyba ludzi, prawda?) wnoszących coś do furgonetki stojącej na ogrodzonym terenie.
Samochód nie miał żadnych specjalnych oznaczeń, ani koguta – był to zwykły duży blaszak, chyba renault, ale na zdjęciu było widać, że oświetlone wnętrze skrywa coś na kształt laboratorium.
Maciek podniósł głowę znad aparatu i popatrzył na rzęsiście oświetlony teren. Tak, teraz zobaczył innych „kosmitów” podchodzących w rynsztunku do samochodu a potem znikających w cieniu za nim.
- Co tu się do... – zaczął formułować retoryczne pytanie, gdy nagle ktoś go złapał za rękę z aparatem.
- Proszę pana! – osiłek w czarnym uniformie drugą ręką wyjął mu kamerę z dłoni. – Tu nie wolno robić zdjęć!
- Niby dlaczego?! – parsknął Maciek i zaczął siłować się z facetem, próbując odebrać aparat – Proszę mi natychmiast oddać sprzęt, jestem dziennikarzem!
- Tak? A mogę w takim razie zobaczyć pańską legitymację? Zresztą nie mam czasu, odbierze pan sobie aparat na komisariacie!
- To jest jakiś pieprzony skandal, panie! Oddawaj pan mój sprzęt, ja tam mam zdjęcia do gazety! – niezwykle spokojny na co dzień redaktor wyraźnie stracił cierpliwość, ale, co tu dużo mówić, trochę się też przestraszył.
- Trudno. – funkcjonariusz odwrócił się na pięcie i zniknął zabierając ze sobą drogi aparat.
- Fuck! – wszystko stało się tak błyskawicznie, że Maciek nie zdążył zareagować jakoś bardziej stanowczo.
To wydawało się jakąś abstrakcją! Po prostu przyszedł facet i zabrał mu aparat! Nawet nie zostawił pokwitowania. Dzięki Bogu zostawił komórkę. Redaktor drżącymi ze zdenerwowania rękami wystukał numer komisariatu.
- Dlaczego was tu nie ma? – zapytał podniesionym głosem, kiedy usłyszał powitanie dyżurnego i sam się przedstawił, mówiąc skąd dzwoni.
- Nie mogę udzielać takich informacji, ale rzeczywiście, teren obstawiają służby innego szczebla państwowego. Nam polecono prowadzić swoje działania na terenie miasta i gminy. Tyle, że do Dziekanowa mamy się chwilowo nie zbliżać.
- Ale...
- Poradzą sobie! – głos dyżurnego aż ociekał sarkazmem – Ale to już nasza wewnętrzna sprawa... O co chodzi tak konkretnie?
- Zabrali mi aparat.
- Jakby co, wszystko widziałyśmy, możemy poświadczyć! – głos dobiegł zza pleców Maćka, powodując, że redaktor odwrócił się na pięcie z telefonem przy uchu i... zamarł.
Miał przed sobą niesamowite zjawisko – dwie dziewczyny, ubrane w jakieś dziwne steampunkowe, skórzane płaszcze. Istoty wydawały się tak identyczne, że redaktor przestraszył się, czy wzrok mu nie szwankuje, pokazując rozdwojony obraz.
Zaczął obawiać się też o głowę, bo dziewczyny miały zupełnie białe włosy, a oczy, mimo ciemności, kryły za dużymi ciemnymi okularami.
Były halucynacją.
Albo przybyły z kosmosu.
- Zadzwonię później... – wyszeptał słabo do słuchawki i przerwał połączenie.

***

ODCINEK 6

- Przyniosłem piwo, Ciechan, może być? – gospodarz tak gromko zaanonsował swoje przybycie, że Krzysztof aż podskoczył na krześle.
- Piwo, żołądkowa, ja za chwilę chyba będę musiał pójść na odwyk...
- Spokojnie, trening czyni mistrza, jak to mawiają. A Ciechana kupiłem specjalnie, bo podobno ktoś browarowi, znaczy właścicielowi, kłody pod nogi rzuca... Trzeba ich wspierać! Piwowarów mam na myśli, nie tych co piasek w tryby i tak dalej...
- Kto rzuca?
- Podobno lewacy! Tfu!
Krzysztof uważnie popatrzył na gospodarza i przez moment zastanowił się, czy warto wchodzić w polemikę. W jego mniemaniu wszystkie hasła mające uprościć pojmowanie pewnych zjawisk były złe. Powodowały, że ludzie przestawali myśleć samodzielnie – cykliści, lewacy, czarni, czerwoni... zieloni.
Od lat to samo, nazwany wróg pomagał zjednoczyć nienawiść. Stanąć do walki, nawet jeśli za oręż miało wystarczyć:
- Piwo. Piwko, piweczko, piweńko! Powiem tak, z przyjemnością się napiję, ale bezideowo, że tak powiem. Wypiję za to, co udało mi się znaleźć w Internecie!
- Niemożliwe! – gospodarz na moment przystanął, ale już za chwilę zrzucił kurtkę i wyciągnął z kredensu dwie wysokie szklanki . Sprawdził pod światło, czy nie są zakurzone i zaczął niecierpliwie nalewać pieniący się płyn.
- Niemożliwe! Opowiadaj, bo mnie ciekawość zeżre! Coś tam wyszperał!? To w ogóle działa, ten cały "Internet", bo ja to tylko o tym ciągle słyszę, ale jak to działa to nie mam pojęcia. Proszę – wręczył Krzysztofowi szklankę zwieńczoną elegancką pianką i sam zajął wyciągnięte spod stołu krzesło.
- Działa, działa. Zaraz ci pokażę, ale powiedz mi skąd masz taką fajną kurtkę, już trzy razy miałem zapytać, ale nigdy, na zdrowie – tu pociągnął solidnego łyka – mi się nie udaje... Przez to piwo pewnie.
- To wojskowa, ze szwedzkiego demobilu, wygodna i kieszeni ma dużo.
- I to tak w sklepie kupiona? Czy przywieziona? Pytam bo sam bym sobie taką sprawił...
- Tego... – mężczyzna zająknął się, jakby zawstydzony – Tak właściwie, to z Internetu właśnie...
- Aaaa!? A mówiłeś...
- Ale to kumpel mi kupił. Znalazł i kupił. Ja bym nie umiał.
- Coś mi się wydaje, że będę cię musiał nieco podciągnąć w technologii, panie gospodarzu. Ale to później, na razie popatrz tutaj.

* * *


- Przyszedł list z sądu. Zaadresowany na ciebie, więc nie otwierałam. O co chodzi?
Artur zamarł w korytarzu. Zostawił przecież inny adres do korespondencji tym urzędnikom. Gamonie! Powoli zaczął ściągać buty i kurtkę, szukając w głowie wymijającej odpowiedzi, na tyle racjonalnej, by Aneta o nic już nie pytała. Wszedł do pokoju i zastał ją pochyloną nad jakimś starym pudłem.
- Co robisz? – zapytał, licząc, że zmieni temat i uniknie tłumaczeń.
- A nic ważnego... oglądam stare zdjęcia.
- A co cię tak wzięło na wspomnienia?
- Na wspomnienia? Nie... To znaczy... Tak porządkuję.
- Porządkujesz? Nie zaglądałaś tam ze sto lat. Odkąd pamiętam, tam wszystko było poukładane i powiązane w paczuszki. - Ojejku! To już sobie w pudle nie mogę pogrzebać?!
- Możesz, oczywiście. Ale nie wierzę, że to porządkujesz i tyle.
- Wiesz, jakiś czepliwy jesteś. Ktoś ci na odcisk nadepnął?
Artur czuł, że ta rozmowa nie zmierza w dobrym kierunku. Jeszcze chwila i Aneta wróci do listu z sądu, a póki co nie chciał o tym gadać.
- Nie. Wręcz odwrotnie Kupiłem pączki Pod Kasztanem. Napijesz się herbaty?
- Ee... nie. Nie, nie, dzięki... – odpowiedziała Aneta zapominając nagle o liście i prowadzonej przed chwilą rozmowie. Mogło by się wydawać, że odpłynęła gdzieś daleko. W ręku trzymała wyjętą właśnie z pudła małą paczuszkę przewiązaną czerwoną wstążką.

* * *


Przemka zamurowało.
Kiedy robił prawo jazdy, instruktor podpuścił go, pozwalając wjechać na skrzyżowanie, na które właśnie wjeżdżały dwa tramwaje, zjeżdżał TIR, dojeżdżał autobus, a na środku znajdowało się chyba ze dwadzieścia samochodów i trzech rowerzystów. Dodatkowo padał deszcz i było ślisko.
I nie działały światła...
Instruktor zaśmiał się złośliwie i stwierdził:
- No, toś się kolego wpakował!
I dokładnie tak samo młody policjant czuł się teraz.
- No, toś się Przemysław wpakował, rozumiesz?! – powtórzył do siebie, zastanawiając się, co właściwie powinien w takiej sytuacji robić? Niesubordynacja, opuszczenie patrolu, lekceważenie rozkazów!
NIESUBORDYNACJA, rozumiesz?! Nie-su-bor-dy-nac-ja...
Ta refleksja w jego mniemaniu trwała wieki – już widział konsekwencje, już prowadził smutne życie, z piętnem nieudacznika wydalonego z policji.
W rzeczywistości zaczął działać praktycznie natychmiast.
Służba, służbą, ale dowódca i regulamin są daleko, a jego przyjaciel jest tutaj! I jest w potrzebie.
Chłopak sprawdził wyposażenie. Radiotelefon chwilowo na nic nie mógł mu się przydać, komórka też nie łapała sygnału, ale latarka wydawała się urządzeniem wprost bezcennym. Sprawdził ją kilkukrotnie włączając i wyłączając i ruszył w dół klatki schodowej.
Przez głowę przeleciał mu cień myśli o tym, że być może lepiej będzie wyjść na zewnątrz i spróbować wezwać pomoc, ale natychmiast Przemo-pragmatyk przegnał ten asekurancki pomysł. Mogłoby się bowiem okazać, że wezwana pomoc nie miałaby już komu pomagać.
Schodził, oświetlając ścianę w której przed chwilą zniknął Sebastian.
Rzeczywiście po przejściu dziesięciu stopni zauważył wnękę w ścianie. Zaświecił do niej i natychmiast zorientował się dlaczego wejście po zamknięciu musiało być trudne do zauważenia – drzwiczki, które jeszcze bujały się na zawiasach były pokryte tworzywem udającym beton i pomalowane tak, że do złudzenia przypominały fakturą i kolorem surową ścianę. Dodatkowo zawiasy, na których wisiały, były tak sprytnie zamontowane, że po zamknięciu właz był całkowicie zamaskowany. To, że Sebastian go zauważył musiało być wynikiem zwykłego przypadku, albo jego wyjątkowej spostrzegawczości. Przemek dokładnie zlustrował otwór. Mniej więcej dwa metry od ściany tunel załamywał się i skręcał ostro w dół. Chłopak wsunął się ostrożnie w czeluść i powoli zaczął się czołgać.
Kiedy dotarł do załamania, poświecił i zrozumiał jak zniknął Sebastian. Tunel prowadził ostro w dół w formie pochylni. Wyglądało to na rodzaj wyłożonej stalową blachą rampy dla jakiś towarów.
- Sebaaaastian! Sebaaaa! Jesteś tam rozumiesz? Haloooo! – Przemek wydarł się do otworu.
Cisza.
Było pewne, że to droga w jedną stronę. Jeśli ktoś chciałby skorzystać z tej zjeżdżalni w przeciwnym kierunku, musiałby mieć linę i dodatkowo całkiem spore umiejętności alpinistyczne.
Przemek odczołgał się tyłem do klatki schodowej.
Poświecił dookoła i natychmiast znalazł coś, co go upewniło, że tunel, na który natrafił jego kumpel, to rodzaj zsypu, transportowego korytarza do zrzucania w dół jakiś towarów...
Schody bezpośrednio pod włazem można było wysunąć w przód, tak że spomiędzy nich wychodził stalowy, mocno zardzewiały blat. Poruszał się w prowadnicach, które były teraz wyraźnie widoczne w snopie światła z latarki. Szczególnie, jeśli ktoś wiedział, czego szuka.
Taki wysunięty blat stanowił solidną platformę o powierzchni mniej więcej półtora metra kwadratowego, dokładnie pod otworem.
Nie tracąc więcej czasu Przemek wczołgał się na powrót do tajemniczego zsypu. Tym razem nogami do przodu. Nie zastanawiał się, jak w razie czego wróci na górę.
Przysiadł na krawędzi pochylni i wykorzystując buty jak hamulce zaczął powoli zsuwać się w ciemność. Przez moment miał ochotę puścić się w dół jak w rurze na basenie, ale obawiał się, że może wylądować na Sebastianie...
- Trzymaj się Seba! Idę po ciebie! – wrzasnął trochę po to by dodać sobie odwagi – Rozumiesz... – dodał cicho po chwili.

***


- Tu nie można biegać! Proszę wracać!
- Że co? - Bieniu zatrzymał się, schylił, oparł dłonie na kolanach i próbował złapać oddech.
- Tu nie można biegać, musi pan zawrócić.
- A kim pan jest, że mnie pan zawraca. To moja trasa na dziś i tyle - Bieniu wyprostował się i dopiero zarejestrował, że koleś jest cokolwiek dziwnie ubrany. Jednak jego legitymacja policyjna wyglądała poważnie. „Szlag! Człowiek lepiej wie, jak wyglądają blachy amerykańskich psów niż swoich” – pomyślał.
- No to musi pan trasę zmodyfikować, bo mamy tu pewien problem, powiedzmy... chemiczny.
- Chemiczny? No ja nie mogę. Na Dąbrowie wali padliną, tu ktoś pomyje wylał... Ludzie, to kpina jakaś. Nie ma, gdzie pobiegać. Wyasfaltowaliście wszystko, a teraz co? Pozamykacie lasy? Ja wiem, że wy chcecie, żeby Lasy Państwowe podatki płaciły, ale nawet jak będziecie pilnować sosen, to one kasy z kieszeni nie wyjmą.
- My nie jesteśmy ze skarbówki.
- A kto was tam wie... Zresztą mi to lata. Pit już wysłałem.
- Co pan powiedział, że na tej Dąbrowie to co? – funkcjonariusz zmienił temat
- Śmierdzi. I tyle. – Bień odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę Lutza.
Śmierdzi na tej Dąbrowie, czy nie śmierdzi, to spotka tam najwyżej Jerzyka Śmietanę, a nie jakiś kosmitów z Biura Ochrony Lasu... Efbiaj, kurde, Forest Bureau of Investigation!

* * *


Redaktor Maciek potrząsnął głową, ale widziadło nie znikało.
Wyglądało na to, że dwie blond zjawy są jak najbardziej realne. Maćkowi zaczęły po głowie spacerować pochody znanych bliźniaków – Remus i Romulus, Jacek i Placek co ukradli Księżyc, Olsenki, siostry Williams...
Nie, te tenisistki to chyba nie bliźniaczki...
Ta myśl go otrzeźwiła, chociaż miał wrażenie, że wciąż ma przed oczami mroczki.
Potrząsnął głową jeszcze raz i przeszło. To znaczy mroczki zniknęły, blondynki zostały.
- A... no dzięki, to ważne dla mnie, bo mi ten aparat zabrali bez... no bez niczego i jakby co, to nie mam nawet świadków.
- Myśmy wszystko widziały! – zapewniła jedna z dziewczyn.
Chciałoby się, pomyślał redaktor, żeby mówiły chórem. Ot taka niedoróbka...
- No właśnie, a co właściwie panie widziały? Bo ja sam trochę nie ogarniam tego co się tutaj dzieje.
- A jest tu jakaś porządna knajpka? Jakieś miejsce, gdzie moglibyśmy usiąść? Wszystko możemy opowiedzieć i zostawić panu namiary na siebie.
- W pobliżu, to nie bardzo, ale możemy zrobić sobie krótki spacer... Na Dąbrowę, tam jest Lemon Tree, na pewno mają jeszcze otwarte.
- To po tej stronie trasy?
- Tak, w Dąbrowie Zachodniej, jakieś półtora kilometra, akurat trochę ochłonę i możemy porozmawiać po drodze...
Bliźniaczki spojrzały na siebie i wyraźnie się porozumiały w jakiejś na pół telepatycznej metodzie kontaktu. W każdym razie jak na komendę kiwnęły głowami i znowu ustami jednej wyraziły aprobatę:
- Jak po tej stronie, to okej, po tamtej są jacyś dziwni. Rano przeszliśmy całą Warszawską, tak? Ta główna to Warszawska, prawda? I wszędzie albo było zamknięte, albo właśnie się kawa skończyła, albo ekspres się jeszcze nie nagrzał... I tak dziwnie na nas patrzyli...
- No to chodźmy. – Maciek nie czuł się na siłach, by komentować przedpołudniowe przygody nowych znajomych. Podniósł z ziemi rower i ruszyli w kierunku cichej Dąbrowy.
- Możemy przejść na „ty”? – już kilka kroków w bezpieczne ciemności, z dala od zgiełku kosmicznej scenerii, jaką zostawili za sobą, spowodowało, że myśli redaktora nieco się wyprostowały. Zaczynał działać. Już myślał, co trzeba będzie dalej zrobić. Na pewno wybadać sytuację, ważne będzie zdobycie informacji...
- Ja jestem Albina, a moja siostra ma na imię Blanka.
- Maciek. Przepraszam, że tak zapytam, ale nie jesteście chyba stąd? Można wiedzieć...
- Tak. Nie jesteśmy stąd, ale na razie nie chcemy mówić skąd jesteśmy. Jeśli można wolimy to zachować w tajemnicy.
- Acha. – zdziwił się nieco redaktor - Nie ma sprawy. Tu skręcimy w Sierakowską i już zaraz Zachodnia. A tam to już rzut beretem.
Szli wzdłuż ulicy, czasami schodząc na jezdnię, jako że chodnik jakiś dowcipniś zaprojektował tu na wzór graficznego zapisu wezwania SOS – kropka, kropka, kropka – kreska, kreska, kreska...
Chodzenie po jezdni nie było wcale łatwiejsze, liczne łaty w asfalcie miały swoje łaty, a te miały swoje małe łatki. Z tej ulicy, ale również z Zachodniej można było czytać historię, jakby była naniesiona systemem braille’a Ulice Dąbrowy 3D.
Ale trójka z rowerem nie zwracała uwagi na lokalny koloryt remontowo-drogowy. Pogrążeni w rozmowie zbliżali się do Lemon Tree.
Przed wejściem do knajpy siedziała spora grupa mężczyzn palących papierosy i raczących się napojami, które trudno byłoby nazwać leczniczymi.
- O Maciek! Przyprowadziłeś koleżanki! – rubaszny śmiech w kilku przypadkach przeszedł w pokasływanie.
- Cześć, cześć ...- redaktor uścisnął kilka rąk i pospiesznie wciągnął albinoski do wnętrza.
- To Klub Skorpionów – wyjaśnił dziewczynom, nie wiedzieć czemu zawierając w tych słowach jakby usprawiedliwienie – Motocykliści... No tacy miejscowi Hell’s Angels.
- A! To dobrze. – skomentowała jedna z dziewczyn, chyba Blanka – Bo już myślałyśmy, że Uniwersytet Trzeciego Wieku. - Mój Boże! Dlaczego? – zdziwił się Maciek.
Druga siostra podbródkiem wskazała na ścianę i wiszący na niej plakat, głoszący, że właśnie dzisiaj odbędą się "warsztaty tworzenia pisanek w różnych technikach" organizowane przez Uniwersytet Trzeciego Wieku w Łomiankach.

***


ODCINEK 7

Krzysztof szedł Sierakowską. Postanowił jednak, że nie pójdzie do puszczy, tylko skręci w Zachodnią, żeby trochę poznać Dąbrowę. Wiedział, że znajdzie przynajmniej dwa sklepy i że ma stąd dojazd do metra, do Warszawy. Gdyby potrzebował. Pomyślał, że warto zobaczyć, jak to wygląda na miejscu, a nie w googlowskim street view.
Poza tym słysząc o działaniach dziwnych służb w Dziekanowie chciał sprawdzić, czy ten stan nie rozciąga się czasem na okolicę.
Nie rozciągał się. Sierakowska świeciła pustkami i gdyby nie domy, które wyrosły stosunkowo niedawno po obu stronach ulicy, nadal była by drogą przez pole. Na niebie przyjemnie śpiewały ptaki, słychać było bzykanie owadów, chociaż jednostajny poszum siódemki stanowił męczące tło do tej sielanki.
Mężczyzna z przyjemnością obserwował okolicę, mocno różniącą się od drugiej strony Łomianek, od eklektycznej, szarej zabudowy, ucieleśniającej czasy Gierka i Balcerowicza. Tu była przestrzeń i cisza.
No... względna cisza.
- Dzień dobry?
Wyrwany z kontemplacji Krzysztof zogniskował wzrok na mikrym zarośniętym facecie, który maślanym wzrokiem wpatrywał się w niego.
- Jak zdrowie?
- Dziękuję, nie narzekam.
- To dobrze! Pożyczy mi pan dwa złote?
- Ho ho! Dwa złote? – Krzysztof przesadnie wyraził zdziwienie. – Dwa złote? Dobrze! Lecz za historię twojego życia, dobry człowieku!
Siwy troll niepewnie spojrzał na przybysza wyczuwając w jego głosie ironiczne tony.
- Trochę mieszają mi się czasy – zaczął niepewnie – Jest dzisiaj, tak? No tylko dwa złote, oddam przecież? A wczoraj... Wczoraj nie pamiętam. A ja idę oddać butelki. I te dwa złote, to bym kupił piwko ekstra?
- Historię. Jakąś historię wartą dwa złote. – Krzysztof patrzył na miejscowego szambonurka. W gruncie rzeczy nie interesowały go żadne historie. Tak sobie rzucił propozycję wymiany opowieści na pieniądze. Teraz dokładniej przyjrzał się swojemu rozmówcy. Mężczyzna miał jakieś metr sześćdziesiąt wzrostu, siwe potargane włosy i nieporządny zarost. Mówił niezbyt wyraźnie, ale był całkiem grzeczny.
- To ja panu opowiem, bo to było tak, że szedłem z butelkami, nie jak teraz, tylko cały plecak miałem. No i tamtych dwóch wyskoczyło z krzaków. Przy Ułanów. Normalnie siedzieli w krzakach chyba, bo ich wcale nie widziałem i nagle hopsasa. Łysi tacy, skóry. Wyglądali jak jakieś łobuzy, nie? Zza krzaka wyskoczyli i się pytają co mam, no to mówię, że butelki do sklepu niosę, a oni, żeby im pokazać. Co mi tam, mogę pokazać przecież. Nic złego takie butelki nieść do sklepu, nie? Więc zdjąłem mandżur i dawaj, wykładam te szkło, a oni zaglądają jakbym tam jakieś skarby trzymał. Potem mi jeden znajomy powiedział, że to pewnie o Giertycha chodziło, wie pan, ten podobny do konia... Albo do Frankensteina, ja miałem kiedyś konia, to dla mnie on do konia... No i... bo on mieszkał tutaj na Zielonej i jak mu grozili, że go wysadzą w powietrze, to tamci myśleli, że ja mam plecak z dymani... danamini... z dymanitem. No i jak oni mi ten plecak trzepali, to jechał Wojtek z Krzyśkiem. Malczakiem, no i chyba też na cyku, ale ja to nie wiem. I jak zobaczyli, że mnie ci w skórach obskoczyli, to wie pan, taka sąsiedzka uczciwość, nie? Tak no, solidarność, taka... No oni po hamulach iiiiiii... i aż do rowu tutaj wpadli. Tamci rzucili mój plecak i dawaj, klamki zza pazuchy wyciągnęli. Pistolety znaczy. I blachy. Więc ja już wiem, że psy, to mi nic nie grozi, bo co psy mogą mieć do moich butelek? Prawda? Ale do chłopaków mieli. Chyba im się to hamowanie w rowie nie spodobało, bo dalej stukają tymi giwerami w okno, tymi blachami świecą i żeby wysiadać. Ja tam dalej już nie patrzyłem, zabrałem swój majdan, i poszłem.
Da pan te dwa złote?

***


ODCINEK 8

Redaktor Maciek zabrał albinoski na tył restauracji. Usiedli za stołem, zapadając się w kanapie, co wzbudziło niejaką konsternację. Maciek poderwał się prawie tak szybko jak opadł w objęcia mebla, głównie z tego powodu, że na skutek fizycznych właściwości siedziska wszyscy zbili się w jedną kupę, co mogło być nawet miłe, ale nie koniecznie w tych okolicznościach.
- Przepraszam, może lepiej usiądę na krześle - rzucił lekko skrępowany - a w ogóle, to najlepiej przyniosę browarek. Napijecie się?
- Ja poproszę - jedna z sióstr kiwnęła głową, a widząc, że Maciek nie wie, która jest która, dodała - Blanka. Blanka chce piwo, a Albina kawę z mlekiem.
Maciek spojrzał nieco zaskoczony na drugą z sióstr, zdziwiony pewnością w głosie Blanki.
Albo na sto procent wiedziała, czego chce siostra, albo pokazywała swoją dominację. Jednak Albina tylko skinęła głową, jakby sama składała zamówienie.
Redaktor za chwilę był z powrotem, z dwoma szklankami spienionego Kasztelana.
- Kawa będzie za moment, Agnieszka już niesie...
- Dobrze, to usiądź panie redaktorze wymienimy się informacjami. - Blanka zachęcająco poklepała siedzisko krzesła postawionego bardzo blisko kanapy.
Więc jednak konfidencja! Tajemnica! Świetnie! - Maciek był zaintrygowany.
- Ale nie będziemy się trzymać za guziki? Widzę, że macie jakieś wielkie tajemnice...
Albina tylko wskazała brodą w stronę sali. Rzeczywiście przy złączonych stolikach cztery metry od nich siedziało czterech rosłych, nieco ponurych facetów zatopionych w rozmowie i popijających piwo.
Maciek wzruszył ramionami - To goście od Nastuli. Trenerzy kravmagi. W porządku chłopaki, akurat im raczej można zaufać.
- Nie będziemy sprawdzać, redaktorze. Zasadniczo nie mamy zaufania do nikogo. Zresztą, sam ocenisz... Siadaj.
Maciek usiadł i można by rzec - cały zamienił się w słuch, jednak wcześniej pomyślał, że od całkiem niewinnego spotkania i z dziewczynami i przyjemnego spaceru, połączonego z wymianą myśli, coś się zmieniło. Siostry stały się zasadnicze. Dominujące. Tu już nie chodziło o pogawędkę, w powietrzu wisiało coś poważnego, znacznie większego niż aparat zabrany przez funkcjonariuszy, ale na pewno związanego z dziwnymi manewrami dziwnych formacji w Dziekanowie.
- N pewno zauważyłeś, że nasz, hmmm, powiedzmy blond, jest raczej ekstremalny...
- Tak. Ale mi to nie przeszkadza... - redaktor chciał szybko stanąć po właściwej stronie. Zbyt szybko.
- Serdecznie dziękujemy. Zbytek łaski. - Blanka swoje sarkastyczne stwierdzenie podkreśliła pełnym dezaprobaty skrzywieniem ust.
- Nam też nie przeszkadza. Po prostu takie jesteśmy. Jednak, co nie jest trudne do odgadnięcia, nie jesteśmy takie bez przyczyny. A tu już zbliżamy się do istoty problemu.

***

Po kilku metrach Sebastian dał sobie spokój z hamowaniem podeszwami, uniósł stopy do góry i zaczął zjeżdżać jak dzieciak na zjeżdżalni. Co prawda wciąż obawiał się, że na końcu tunelu trafi na kumpla, ale prędkość nie była aż taka wielka.
Na początku ten zjazd w nieznane zapowiadał się nieco karkołomnie, jednak to raczej strach wyolbrzymiał wszystko - kąt spadania, prędkość, ciasnotę. Ale po jakiś trzydziestu metrach Seba zorientował się, że zwolnił a ciemność z przodu, kiedy patrzył między nogami w dół, byłą jakby mniej ciemna. Właściwie powoli zaczynała się robić jasna.
To, że miało to być niby trzydzieści metrów, było wyłącznie kwestią wyobrażenia Sebastiana. Równie dobrze mogło to być 300 metrów, a tak naprawdę, pewnie raczej dziesięć. Jeśli ktoś kiedyś jechał rynną na basenie, wie o czym mowa. Seba akurat nie jechał.
Na koniec tunel się rozświetlił, a zaraz potem niespodziewanie się skończył.
Chłopak mrużąc oczy siedział na paletach, ustawionych mniej więcej na wysokość metra. Za sobą miał otwór rury, która go tu sprowadziła, a dookoła dosyć obszerne pomieszczenie, oświetlone jarzeniowymi lampami. Dookoła, pod ścianami wyłożonymi białą glazurą stały regały, i skrzynie. Coś na nich było, ale na pierwszy rzut oka trudno było stwierdzić do czego to służy. Pudełka, puszki, mniejsze pakunki . Na pewno wszystko kojarzyło się z armią, z wojskiem. A przez wygląd pomieszczenia (te kafelki na ścianach i jarzeniówki) z laboratorium.
- Albo z kiblem. - pomyślał Sebek i zeskoczył z palet, stając na wymalowanej żółtą farbą betonowej posadzce.
- Przem, skurkowańcu! Gdzie jesteś, rozumiesz!? - wydarł się, z ulgą konstatując, że nigdzie w pobliżu nie leży truchło jego przyjaciela.
Korciło go by sprawdzić, co leży na półkach, żeby chociaż z grubsza zorientować się dokąd trafił, jednak najpierw postanowił odnaleźć kumpla. Ruszył więc w głąb pomieszczenia, które po piętnastu metrach kończyło się ciężkimi, stalowymi, otwartymi na oścież drzwiami.
Zbliżył się do przejścia i opierając się o futrynę ostrożnie wychylił głowę na drugą stronę.
- Hu-u! - przerażający odgłos z prawej strony spowodował, że młody policjant padł na ziemię, a jego twarz wykrzywił grymas przerażenia. Niewykluczone również, że jakby nieco popuścił w spodnie...
Rechot, jaki po tym usłyszał, z jednej strony go uradował, z drugiej totalnie wkurzył.
Poderwał się na nogi i złapał za kołnierz Przemka, który aż zataczał się ze śmiechu.
Zaczął nim wściekle potrząsać, nie wiedząc co powiedzieć. Zaciął się tylko na wciąż powtarzanym:
- Ty... ty... ty...
- Ty skurczybyku, ty!
A potem padli sobie w ramiona.

***

Tymczasem na górze ktoś zauważył nieobecność dwóch młodych, dzielnych stróżów porządku.
- Gdzie są te łajzy! Kurrr... dybanek! Mieli się meldować, mieli nigdzie nie włazić, a się nie meldują i pewnie gdzieś wlaźli! Wleźli znaczy.
- Szefie, a może coś im się stało? Albo rozpoczęli interwencję? Może im pomoc jest potrzebna, a nie że od razu "łajzy"...
- Jaka interwencja!? Kurrrr... ka grzebiąca nóżką, chyba w patologicznej rodzinie dzików, co się locha puszczała, a odyniec pił i dzieciom telewizji nie pozwolił oglądać! Poszli posłuchać sowy, kurrrr... tyzana, i przyjaciół... dzięcioła, makolągwy i dzwońca.
- Pan sierżant, to normalnie ma opanowanie!
- Jakie, kurrrr... opatwa znowu opanowanie?
- No tak się pan pilnuje z tą kurrr... tyzaną, powiedzmy, że nie mogę wyjść z podziwu!
- To lepiej wyjdź z wozu i zawołaj tych palących gamoni z powrotem. Podjedziemy tam, gdzieśmy tamtych zrzucili i ich poszukamy. A jak ich znajdziemy...
- Nogi w uszy?
- Może ich w straży pożarnej przyjmą, bo prędzej czapkę, kurrrr... ara, zeżrę, jak oni w policji zostaną!
- Szefie?
- Czego?!
- Co to jest ta kurrrrara?
- Idź już, bo jak cię sieknę!

***

List z sądu nie był dobrym znakiem. A może był, może wszystko się wyjaśni i będzie spokój? Niewiele myśląc Artur złapał pismo, zarzucił na grzbiet wojskową kurtkę, wziął mocną latarkę i gwizdnął na Lunę.
Miejsce, gdzie były wcześniej niezidentyfikowane resztki obejrzał dokładnie. Nawet w asyście strażnika nie udało mu się dopatrzeć żadnych śladów. Świecili dookoła latarką, ale po nieprzyjemnym znalezisku nie został nawet najmniejszy ślad. Pomijając delikatny, wiszący w powietrzu fetorek.
Ale może należało zwiększyć pole poszukiwań? Może Luna coś wyczuje i go poprowadzi?
Właśnie - Luna! Dlaczego dopiero teraz na to wpadł? Może i nie jest szkolonym psem tropicielem, ale bez względnie węch ma i to w końcu ona jako pierwsza odkryła tę jatkę...
- Wychodzę z Luną! - rzucił w stronę pokoju, w którym Aneta wciąż obracała w rękach pakiet listów, jakby bojąc się rozwiązać wstążeczkę.
- Nie wracaj późno. - Aneta wypowiedziała te słowa jakby do siebie, ale Artur akurat nie zwracał na to uwagi, zakładając obrożę na szczupłą szyję Luny.

***


ODCINEK 9

Po kilku chwilach poklepywań, kuksańców, kiedy emocje nieco opadły, Przemo i Seba musieli stawić czoła rzeczywistości.
- Wiesz, że mamy przewalone, rozumiesz? - Sebastian nawiązał do niewygodnego tematu.
- Żartujesz? Niby z jakiego powodu? - Przemek zadał pytanie w tak niewinny sposób, że jego przyjaciel przez moment ćwiczył klasyczny opad szczęki.
- E! - Przemo stuknął palcami od spodu w opadnięty podbródek Sebastiana - E! Zamknij tę jadaczkę, bo ci jakiś gacek jeszcze zamieszka w środku. Wiem, że mamy kłopot, ale, po pierwsze, jesteśmy cali, a to już się liczy, pod drugie coś znaleźliśmy i to się może liczyć jeszcze bardziej.
- Ale...
- Po trzecie, musimy zdecydować, co robimy.
- Ja... jakto? Rozumiesz? Chyba jasne, ze musimy spadać stąd jak najszybciej?
- Ta... Holmesie, to jasne. Pytanie, w którą stronę?
- Obojętne, rozu... Obojętne, po prostu spadamy stąd, meldujemy się i modlimy się, żeby nas nie wylali ze służby!
- Właśnie o tym mówię. Możemy po rampie pakować się do góry. Da się, sprawdzałem.
- Ty skurrr... kowańcu! To czemu, żeś rozumiesz, nie wylazł z powrotem?
- Oj... Chciałem się tu rozejrzeć. Najpierw, a potem bałem się, że jak tu zjedziesz, to się zderzymy. No i wiesz...
- Nie wiem. Jaka jest druga propozycja, jeśli nie do góry?
- W głąb.
- Sam jesteś głąb! Rozumiesz?
- Pomyśl, Seba. Za niesubordynację i tak mamy przechlapane. A skoro coś znaleźliśmy, to mamy jakieś usprawiedliwienie.... Poczekaj! - rzucił uspokajająco podnosząc ręce, kiedy zobaczył że Sebastian aż się spręża w sprzeciwie - Spokojnie! Zawsze możemy powiedzieć, że coś... Albo ktoś zwrócił naszą uwagę i musieliśmy sprawdzić, tak?
- No tak... Ale, mieliśmy meldować, a nie interweniować! I nigdzie nie włazić, pamiętasz?
- Jasne, tyle, że potem nie mieliśmy zasięgu, więc...
- Więc nic nie mogliśmy zrobić, rozumiesz... To jakby nawet ma sens.
- No widzisz. A my sobie pójdziemy dalej i zrobimy rekonesans.
- Gdzie!? Powaliło cię?
- Ja już tam byłem. Są pomieszczenia, a potem korytarz. Betonowy. I jest światło.
Sebastian skrzywił się niemiłosiernie i widać było, że intensywnie kalkuluje.
- Czekaj, czekaj, czekaj, czekaj...

***

Artur przystanął pod Lemon Tree. Zajrzał do środka. Wewnątrz było sporo gości, ale w przyciemnionym świetle nie rozpoznawał twarzy. W sumie niewiele go to interesowało, ważniejsza była jakaś lampa, żeby przeczytać list. Złapał trochę światłą od dużej lampy ulicznej, założył okulary i rozerwał kopertę.
Luna tymczasem biegała w kółko, robiąc zapachowy obchód.
Lekko drżącymi rękami Artur wyciągnął pismo. Szybko przeleciał oczami tekst i wzruszył ramionami. Sąd informował go, że na skutek nie dostarczenia jakiś dokumentów, zawiesza postępowanie w sprawie. To oznaczało tylko, że całość może się jeszcze przeciągnąć w czasie. Nudna całość.
Kątem oka Artur dostrzegł jakieś zamieszanie wewnątrz knajpy. Coś tam się zakotłowało, słychać było brzęk szkła. Ledwie zdążył schować okulary do kieszeni, kiedy przez drzwi z hukiem wypadło dwóch mężczyzn. Nie zatrzymując się pobiegli w stronę bramy...

***

Redaktor nie mógł pozbyć się wrażenia, że bliźniaczki rozmawiają ze sobą w myślach, niejako nad jego głową. Chociaż było to absurdalne, kilka oznak wydawało się o tym świadczyć. Dziewczyny wymieniały się swoimi kwestiami, jakby miały to ustalone. Czasami miało się wrażenie, że nie tyle wchodzą sobie w słowo, co kontynuują jedną myśl. Ale było to wrażenie tak ulotne, takie... z innego świata, że Maciek postanowił złożyć je na karb wyjątkowego kontaktu jaki normalnie mają ze sobą bliźniaki.
- W każdym razie - kontynuowała Blanka - wychowywałyśmy się w internacie.
- To nie był sierociniec - podjęła Albina, nawet nie wchodząc siostrze w słowo, a kontynuując jedną myśl... - Każdy z naszych współwychowanków, miał swój dom, do którego jeździł na wakacje, czy święta. Ale my tam byłyśmy na stałe. To był nasz dom.
- W każdym razie tak myślałyśmy - to już Blanka - Dopóki nieco nie dorosłyśmy i nie zaczęłyśmy kojarzyć faktów.
- Może inaczej - po prostu, kiedy stałyśmy się na tyle dorosłe, żeby zorientować się, że normalne dzieci mają jeszcze coś poza internatem.
- Miałyśmy wtedy jakieś sześć lat.
Kiedy Blanka wymawiała "sześć", Albina poderwała się gwałtownie ze swojego miejsca, akurat o tyle wcześniej od siostry, ile zajmuje wymówienie słowa "lat".
Maciek był zdezorientowany, tym bardziej, że niebezpieczeństwo przyszło zza jego pleców. Dwóch potężnie zbudowanych facetów, w czarnych kurtkach typu flyers i bejzbolówkach wciśniętych głęboko na oczy wyciągało umięśnione łapska w stronę dziewczyn. Jeden złapał Blankę, a drugi Albinę dosłownie wyszarpując je zza stolika, jakby nic nie ważyły. Bliźniaczki zostały uniesione w górę nad głową redaktora, przy czym Albina (chyba) boleśnie trafiła go wierzgającą nogą prosto w czubek głowy.
I tak by się to pewnie skończyło, obcy wytargali by albinoski z knajpy, a nikt by nawet nie wstał za stolika, jednak tym razem przy sąsiednim stoliku siedzieli instruktorzy od Nastuli.
Zanim siostry wyjęte zza stolika, zostały po skopaniu redaktora ustawione na ziemi, czterech niemałych facetów już wyskoczyło ze swoich miejsc i otoczyło intruzów. Ci, zorientowawszy się że pojawili się gentlemani, nie wypuścili jednak swoich ofiar. Patrząc spode łba, jeden z nich zduszonym, nieprzyjemnym głosem wysyczał - Wypad panowie, nie wasza sprawa, to są złodziejki...
Nie powinien był niepotrzebnie tracić czasu.
Kravmaga na pokazach wydaje się bardzo szybka. W tej realnej sytuacji instruktorzy nie byli szybcy. Byli błyskawiczni. Nie musieli się dzielić robotą - wytrenowana intuicja, czy po prostu zgranie. Wszystko zadziałało, jakby ktoś wcześniej napisał scenariusz i opracował choreografię.
W praktyce sprowadziło się to do...
RAZ, DWA, TRZY!
Po tej wyliczance, przed każdą z dziewczyn stał obrońca od Nastuli, a dwóch pozostałych podnosiło agresorów za kołnierze z ziemi. Następnie potężnymi kopami posłało ich w kierunku drzwi.
- Aua! - w ciszy jaka nastała po tym nagłym incydencie, skarga Maćka zabrzmiała wyjątkowo żałośnie. Ale rozładowała napięcie. Wszyscy świadkowie zdarzenia, którzy przez ostatnie sekundy wstrzymywali oddech, teraz wypuścili powietrze, razem z potężnym gruchnięciem śmiechu. A potem rozległy się oklaski.

***



ODCINEK 10

Po niecałym kwadransie Artur znalazł się w pobliżu śmierdzącego miejsca, tej dziwnej areny cyrku ze szczątkami, polany, na której makabryczne truchło raz się pojawiało, raz znikało.
Przyklęknął przed Luną, którą dotychczas prowadził na smyczy. Spojrzał w jej łagodne, myślące oczy i nie dopuszczającym sprzeciwu głosem wyjaśnił:
- Teraz piesek, mądra Luna, pójdzie i wywącha gdzie się podział smród. Pan pójdzie za pieskiem i rozwiążemy zagadkę, bo za dużo znaków zapytania, to niedobrze. Rozumiesz? Luna patrzyła na Artura z zainteresowaniem, ale nic nie wskazywało, że przyjęła dyspozycję.
Pan zatem podniósł się z kucek i surowo spojrzał na zwierzę. Suka aż przysiadła.
- Luna! Proszę natychmiast zaprowadzić mnie do... No tam gdzie trzeba! Rozumiesz?! Teraz!
Pies szczeknął i szarpnął się do tyłu.
- Chwila, chwila... – wymamrotał zaskoczony Artur – Zaraz cię spuszczę, no... leć! Przez chwilę tylko w jego głowie zatrzepotała wątpliwość: czy Anetka pochwaliłaby spuszczanie Luny ze smyczy z takim poleceniem i w takim miejscu? Jednak wzruszył tylko ramionami, zapalił latarkę i ruszył za psem w gęstwinę.
Najpierw osiągnęli polanę, która teraz w sztucznym świetle reflektorka i resztkach wieczornej poświaty, przesączającej się przez konary wydawała się nieco upiorna. Wrażenie potęgował smród, który mimo upływu czasu wciąż wisiał w powietrzu i spowodował mimowolny grymas na twarzy mężczyzny.
Luna tymczasem pobiegła dalej znikając między drzewami. Artur postanowił sprawdzić, czy nie obdarzył jej zbyt dużą swobodą.
- Luna! Stój! Zaczekaj piesku!
Ku jego zdziwieniu suka zatrzymała się nieomal w miejscu. Była jednak wyraźnie podniecona, rwała się do biegu, kręcąc bączki i skomląc z cicha. Kiedy jej pan podbiegł, nie czekając na następne polecenie wystrzeliła przed siebie.
Teraz krzaki ustąpiły drzewom i biec było łatwiej, chociaż poplątane korzenie i zwieszające się gałęzie stanowiły realne zagrożenie. Artur musiał zwolnić, starając się utrzymać psa w snopie światła latarki.
Kiedy Luna zniknęła w ciemności, postanowił ją znowu powstrzymać. Przystanął, ale zanim zdążył uspokoić oddech, zanim choćby złożył usta do gwizdu, spomiędzy splątanych drzew dobiegł go skowyt suki.
- Luna... – wyszeptał – Luna! – chciał krzyknąć, ale głos uwiązł mu w gardle. Nic nie myśląc rzucił się przed siebie.

***

Decyzja, co zresztą sugerował Przemek, mogła być tylko jedna. I była to raczej decyzja z typu tych szachowych, na zaś. Bo chociaż teoretycznie mogli od razu wyjść pochylnią do góry (we dwóch na pewno byłoby łatwiej), to perspektywa spotkania z dowódcą nie rysowała się zbyt optymistycznie. Gdyby zaś zdecydowali się na dalszą eksplorację podziemi, mogli by później robić za ofiary nieszczęśliwego splotu wypadków. A poza tym, mogli tam dalej coś odkryć. Zresztą to, co już im się udało odnaleźć, czy raczej w co udało im się wpaść, samo w sobie zasługiwało na zainteresowanie. W ich rozmowie przewinęła się co prawda teoria, że przypadkiem weszli od tyłu do czyjejś piwnicy, ale tu? W środku lasu? Pod kompleksem przeciwatomowym?
Tak więc, zanim wyruszyli na dalsze zwiedzanie lochów, ustalili jednolitą wersję wydarzeń. Oficjalnie brzmiało to teraz tak: usłyszeli niepokojące dźwięki z wnętrza bunkra i nie zważając na zakaz rzucili się na pomoc, bo wydawało im się, że ktoś właśnie pomocy wzywa. Wewnątrz okazało się, że nie mają zasięgu radiowego, więc Sebastian miał udać się na zewnątrz, żeby wezwać posiłki, niestety Przemek zsunął się do piwnicy. Seba nie miał wyboru i w ten oto sposób znaleźli się na dolnych poziomach, skąd nie mogli wyjść na górę (no nie mogli! Próbowali ale im nie wychodziło), więc poszli szukać innego wyjścia.
W sumie wszystko się zgadzało, poza pierwotnym wzywaniem pomocy. Fakt, że to krzyczała ciekawość Przemka miał pozostać ich tajemnicą. No i to, że nie potrafili wyjść po pochylni.
Zresztą było całkiem możliwe, że jeśli nikt ich tutaj nie znajdzie, to znaczy nie zejdzie na dół, to i tak będą musieli się z powrotem wspinać.
Chyba, że znajdą jakieś inne schody...
- Ty, no rusz się! – Przemo zaczął się niecierpliwić.
- Chwileczkę, patrzę co to jest, rozumiesz? – Sebastian metodycznie obszukiwał pomieszczenie. Z oględzin wynikało, że jest to (tak jak pierwotnie sądził) rodzaj magazynu. Pochylnia prawdopodobnie służyła do transportu na dół jakiś ciężarów, być może skrzyń, które stały ustawione pod jedną ze ścian. Na regałach poustawiane były słoje i puszki, wyglądające jak opakowania preparatów chemicznych. Przynajmniej tak można było sądzić, opierając się na odpychającym, groźnym wyglądzie i symbolach umieszczonych przy opisach. Bo same opisy nic nie mówiły – w większości były po niemiecku. Na jednej etykiecie Seba z ulgą zauważył polskie słowa.
- Ty, Przemo, tu jest coś po polsku, rozumiesz?
- Ale co? – Przemek z ledwie maskowaną niechęcią odwrócił się w drzwiach prowadzących na korytarz.
- eN-dime-tylo-aminoa-minozazo- minoazo-benze... no-sulfo... cośtam sodu... – wydukał Sebastian. – Do stosowania w miareczkowaniu alkacymetrycznym. Rozu...
- Zostaw chłopie, ja to już wszystko obciąłem. Chemia, szkło i części zamienne. Warsztat dla małego chemika, fizyka i dozorcy domu. Zresztą cała ta pracownia przeterminowała się jakieś dwadzieścia lat temu, sądząc po datach przydatności do spożycia... Użycia znaczy.
- Ciekawe, rozumiesz, skąd tu światło w takim razie?
- No właśnie. To mnie najbardziej ciekawi. Bo jakoś nie chce mi się wierzyć, że dwadzieścia lat temu ktoś zapomniał wyłączyć wychodząc...
- Czyli idziemy?
- Wreszcie! Seba, ile ja mam cierpliwości do ciebie, to normalnie tysiąc pięćset kawałków!
- Jakich kawałków znowu? – Sebastian przystanął zaintrygowany.
- Puzzle. Jesteś jak Puzzle z tysiąca pięciuset kawałków i tyle cierpliwości do ciebie trzeba mieć.
Chodź już!

***

Na ulicy Łuże, która na przeważającym odcinku jest zwykłym leśnym duktem, nadającym się wyśmienicie jako tor dla quadów, zaroiło się od funkcjonariuszy.
Konkretnie sześciu znudzonych posterunkowych rozeszło się po okolicznych krzakach w poszukiwaniu zaginionych kolegów.
- Tu czwórka, szefie, no... Mateusz...
- Meldować poprawnie do kurrr... ta Cobaina, świętej pamięci, bo taki wam grunge urządzę, że z uszami na temblakach będziecie chodzić! Co jest!?
- Melduje się czwórka, panie sierżancie, znalazłem burdel...
- Burdel dzieciaku, to po drugiej stronie trasy jest, tu to nawet tirówki nie przychodzą... - Melduję, że źle się wyraziłem, panie sierżancie. Zwałowisko znalazłem. Wysypisko nielegalne. Ktoś wywalił jakiś straszny syf, wygląda na poremontowe, ale i jakieś stare zabawki i chyba... tak pralka Frania. Nawet nie najgorzej wygląda...
- Mateusz, bez jaj, nie tego szukamy. Zapisz fakt, przy okazji damy to strażnikom, a ty szukaj naszych gamoni. To teraz jedyny priorytet!
Głośnik znowu zacharczał.
- Panie sierżancie melduje się dwójka...
- Mów dwójka, co masz?
- Spotkałem jakiegoś miejscowego pijaczka. Pytałem, czy nie widział naszych i on...
- Mów!
- I on mówi, że nie wie...
- Dwójka! Ja cię...
- ... ale, słucha pan sierżancie!
- Mów!
- Więc wydaje mu się, że ktoś się kręcił przy bunkrach.
- Schronie atomowym? Osz ty w mordę! To by pasowało do tych skurrr... kowańców!
- Wszystkie patrole, wracajcie do wozu! Zmieniamy miejsce poszukiwań. Natychmiast!

***

Krzysztof tylko przez moment zastanawiał się, w którą stronę powinien pójść. Topografię miał w głowie. Wiedział, że Zieloną dojdzie do puszczy i schronu atomowego. Z google maps wiedział, że przy tym skrzyżowaniu powinien być sklep spożywczy i restauracja.
Knajpa akurat średnio go interesowała, ale w sklepie mógłby kupić jakąś wodę i może bułkę. Rozejrzał się i natychmiast dostrzegł strzałkę, wskazującą w głąb podwórza.
W sklepie przywitała go wyjątkowo atrakcyjna ekspedientka, do której poczuł wręcz słabość, kiedy zauważył, że ubrana jest w bojówki z kamuflażem woodland.
- Co? Pobrudziłam się gdzieś? – blondynka z niepokojem próbowała zobaczyć swoją pupę.
- Nie, nie! – uśmiechnął się Krzysztof – Podziwiam tylko pani... spodnie.
- A! – na twarzy sprzedawczyni zawitał uśmiech - Takie, zwykłe... Coś podać?
Krzysztof wskazał gestem Nałęczowiankę i bułkę, które trzymał w dłoniach i śmiesznie skrzywił się, sugerując, ze to niestety wszystko.
Kiedy wyszedł ze sklepu, nieomal wpadł na kobietę, która na jego widok zastygła jak słup soli.
Krzysztof, nieco zdziwiony, ominął skamieniałe zjawisko, które wciąż bez ruchu usiłowało śledzić go samymi oczami.
- Coś się stało? – zapytał niepewnie – Mogę jakoś pomóc?
Kobieta wydała z siebie nieartykułowany dźwięk, nerwowo potrząsnęła głową i gwałtownie otworzyła drzwi do sklepu.
Krzysztof wzruszył ramionami i ruszył w stronę ulicy.
Nie przeszedł jednak nawet dziesięciu metrów, kiedy usłyszał zza pleców trzaśnięcie drzwiami i słaby głos, trochę, jakby ktoś usiłował krzyczeć szeptem.
- Halo! Proszę pana... proszę zaczekać...
Wolno odwrócił głowę i ujrzał kobietę, którą przed chwilą sparaliżowało na jego widok.
Stała w drzwiach, z ręką uniesioną do góry. Widocznie przed chwilą machała do jego pleców...
- Tak? – mężczyzna zawrócił i ruszył w kierunku tajemniczej nieznajomej.

***

(kilka godzin wcześniej)
Bieniu nie zamierzał rezygnować z biegania, tylko dlatego, że ktoś mu zabraniał wstępu na jego ulubioną trasę. Pomyślał, że skoro ma zmienić kierunek, to nic się nie stanie, jeśli przebiegnie się na Dąbrowę. Przy okazji miał ochotę trochę powęszyć. Konkretnie za smrodem, z którym ostatnio się tam zetknął. Coś musiało być na rzeczy!
Narzucił sobie ostre tempo, tak, że już po ośmiu minutach skręcał z Prostej w Sierakowską. Stąd skierował się w stronę puszczy, ale kiedy znalazł się w miejscu, w którym ostatnio o mało nie zwymiotował od fetoru, nie poczuł nic poza zwykłym zapachem zielska. Zatrzymał się nieco skonsternowany.
Przez moment przebierał w miejscu nogami, zastanawiając się co zrobić dalej. Po chwili machnął ręką i ostrożnie wsunął się w kępę krzaków. Za moment dotarł do polanki, na której wciąż dało się wyczuć nieprzyjemną, słodkawą woń padliny. Bieniu rozejrzał się po zielonym otoczeniu. Jego uwagę zwróciły połamane gałązki, wskazujące wyraźnie drogę w głąb lasu.
Biegacz ruszył w tamtą stronę i wkroczył między drzewa. Nie miał ani odpowiednich butów, ani ubrania, ale ciekawość nie dawała mu spokoju. Fetor wydawał się być kluczem do zagadki. Po chwili drzewa nieco się przerzedziły, a krzaki przestały utrudniać marsz, tak, że Bieniu mógł nawet przyspieszyć do kurcgalopku. W pewnym momencie poczuł, że smród narasta. Już nie musiał bawić się w Winnetou, tropiącego zwierzynę. Teraz prowadził go nos, chociaż trzeba przyznać, że wcale niezbyt chętnie. Po kilkudziesięciu metrach mężczyzna zorientował się, że musi być blisko celu. Obrzydliwa woń zdawała się wisieć w powietrzu jak mgła. Bieniu czuł, że smród go oblepia aż zebrało mu się na wymioty. Zwolnił i szedł teraz ostrożnie, czujnie rozglądając się dookoła.
Wkrótce wypatrzył zwalony pień drzewa, który najwyraźniej był źródłem odoru. Wyglądało to jak jakiś szałas, czy sterta gałęzi. Drzewo wywróciło się, odsłaniając korzenie, a te stały się szkieletem dla bezładnej konstrukcji z suszek i gałęzi. Trudno było ocenić, czy ta forma powstała siłami natury, czy człowieka. Jednak bez wątpienia, to ona była źródłem skręcającego trzewia odoru.
Bieniu zacisnął palcami nos i podszedł do wykrotu. Kiedy jedną ręką rozsunął gałęzie, jego oczom ukazał się makabryczny widok. Wewnątrz naturalnego szałasu znajdowało się źródło strasznego fetoru – porozrywane szczątki jakiegoś stworzenia, a może nawet dwóch. Spośród burych części, których nawet nie dało się rozpoznać sterczały strzaskane fragmenty kości...
Bieniu wytrzeszczył oczy i z przerażeniem dostrzegł w ścierwie pół szczęki z żółtymi zębami.
To nie człowiek! – ta myśl była ulgą, ale i tak jego ciałem wstrząsnął spazm i gwałtowne torsje. Mężczyzna padł na kolana i przez chwilę walczył ze skurczami żołądka.
Kiedy dźwignął się już na nogi i wytarł usta przedramieniem, na wszelki wypadek odwrócił się od makabrycznego widoku, chcąc jak najszybciej uciec od tego strasznego miejsca.
Popatrzył przed siebie przez załzawione oczy i wydało mu się, że dostrzega jakiś ruch nieopodal. Potrząsnął głową i spojrzał jeszcze raz. Tym razem niczego nie zobaczył, ale też i nie poczuł potężnego uderzenia, które spadło na jego potylicę.
Bez jednego jęku padł ponownie na kolana, a potem jak w zwolnionym tempie rozciągnął się na mokrej ściółce...

***



ODCINEK 11

Krzysztof zawahał się, ale uznał, że to niezbyt grzeczne oczekiwać, aż kobieta podejdzie do niego.
Ruszył zatem w jej kierunku, bo nieznajoma wydawała się zapuszczać korzenie. Wydawało się, że inwokacja „Halo! Proszę pana… proszę zaczekać…” wyczerpała jej cały zapas siły i... odwagi.
- Tak? – zapytał stojąc twarzą w twarz z wyraźnie skrępowaną niewiastą.
- Czy... przepraszam, czy... Czy mógłby pan powiedzieć jak ma pan na imię? – wydukała kobieta i widać było, że zadanie tego pytania kosztowało ją niemało wysiłku.
- Jasne! – uśmiechnął się mężczyzna – Przecież to nie jest tajemnica. Mam na imię Krzysztof i chociaż wydawałoby się, że powinienem dodać, że dla znajomych „Krzysiek”, to tak nie jest. Wolę „Krzysztof”. Po prostu. A pani?
- Ja? – zdziwiła się nieznajoma – Co ja?
- Jak pani ma na imię?
- A! Aneta. Przepraszam, ale jestem zupełnie skołowana.
- A co się stało? Czy to ma coś wspólnego ze mną?
- Prawdę mówiąc nie mam pojęcia. To znaczy nie rozumiem tego.
- Dlaczego więc mnie pani wołała?
- Bo... bo... Krzysztof? Naprawdę ma pan na imię Krzysztof?
To powoli robiło się irytujące.
- Zapytała pani, więc odpowiedziałem, pani Aneto. Tak, mam na imię Krzysztof, syn Krzysztofa. Datę urodzenia też podać?
- Syn Krzysztofa!? – Aneta zrobiła wielkie oczy i przez moment wyglądała jak dziewczynka, która dostała cztery kulki lodów więcej, niż miała nadzieję dostać.
- Wie pani co? – Krzysztof co prawda się uśmiechał, ale w jego głosie pojawiły się wyraźne nuty zniecierpliwienia. – Możemy tu sobie stać nawet przez cały dzień, ja mogę coś mówić, a pani może to powtarzać. Niemniej, jeśli nic poza tym nie ma pani do zaproponowania, to ja mam inne plany na wieczór. Więc...
- Nie, nie, strasznie pana przepraszam, panie... Krzysztofie. Czy byłabym bardzo bezczelna, gdybym zaprosiła pana na kawę? Mieszkam tu za płotem, a jest coś, co bardzo bym chciała wyjaśnić. Bardzo proszę, niech się pan da zaprosić!
- Szczerze mówiąc, naprawdę mam inne plany...
- Bardzo pana proszę, to dosłownie dziesięć minut, a dla mnie strasznie ważne!
- Okej. Dziesięć minut. Ale bardzo liczę na to, że pani też mi coś wyjaśni.
***

- Byłby pan łaskaw mi powiedzieć panie władzo, co tu się dzieje?
- Nie.
Okraszone na co dzień zdrowym rumieńcem lico mężczyzny uważanego za prawą rękę burmistrza przybrało barwę buraczkową.
- Jak pan może...
- Mogę. Proszę się rozejść.
- Jak mam się rozejść, jak tylko ja tu jestem? – parsknął urzędnik, a na jego poczerwieniałej twarzy pojawił się wyraz drobnego triumfu.
- Mało mnie to obchodzi. Proszę się rozejść, odejść, cokolwiek. Może pan też podejść. Do tamtej latarni. Byle daleko stąd.
- Ale ja jestem...
Mężczyzna nie zdążył dokończyć kim jest. Umundurowany osiłek jednym ruchem zdjął z ramienia pistolet maszynowy i przeładował go, z bardzo charakterystycznym i bardzo nieprzyjemnym metalicznym trzaskiem. Gotową do strzału broń wymierzył w przybliżeniu w natręta.
- Teraz! Rozejść się, bo będę strzelał!
Protegowany burmistrza dla odmiany zbladł i zaczął się trząść, jakby dostał febry.
- Ju... już się rozchodzę! Pr... proszę spokojnie...
- Jak spokojnie, kiedy jak ja spokojnie, to ty się człowieku nachalnie mi tu wpierniczasz? Już mi stąd!
Nieusatysfakcjonowany, ale też nie postrzelony wysłannik burmistrza oddalił się, dbając, by jego skore do biegu nogi utrzymywały chociaż pozór „oddalania się z godnością”.
Takim powstrzymywanym kłusem dotarł do samochodu, gdzie wreszcie zdecydował się sięgnąć po telefon.
- Tomek? Słuchaj, no nawet przejść nie dadzą. Łobuz bronią mnie straszył, kałaszem jakimś!
- Ja też się niczego nie dowiedziałem, policja milczy, a straż zbiera jakieś śmierdzące resztki.
- Czy ktoś nas nie powinien powiadomić? Ja wiem? Z powiatu, województwa?
- No powinien, powinien, ale nie mogę się do nikogo dodzwonić. Wymiotło ich jak jednego.
- Słuchaj, to może ty powinieneś tutaj...
- Zwariowałeś? Jak ciebie nie wpuścili, to mnie wpuszczą?
- Ale ktoś tu przecież dowodzi. Jakby do niego dotrzeć...
- Dobra, nie ma co gdybać. Wal do mnie do urzędu i coś wymyślimy.

Tymczasem uzbrojony mundurowy wrócił do zacienionego miejsca przy betonowym płocie. Tam oparty plecami o słupek, ale od drugiej, wewnętrznej strony stał jego kuzyn Adrian, chłopak z Dziekanowa. Palił coś, co przypominało skręcanego papierosa.
- Dobrze go załatwiłem?
- Daj spokój, przecież on się mało nie zlał! „Rozejść się bo będę strzelał!” myślałem normalnie, że się tu pos... posikam ze śmiechu!
- Chyba musicie go nie lubić, co?
- Oj tam, gość jest w porządku, tylko wiesz, tu na miejscu, to nie ma go kto utemperować i łazi, nosa zadziera, wydaje mu się, że jest nie wiadomo kim... Chcesz macha?

***

Czytelnik raczy nam wybaczyć, ale akcja trochę rozjechała się w czasie. Być może w wersji drukowanej zadbamy, by na powrót zjechać czas, niemniej teraz pozbieramy wątki, bez względu w jakiej kolejności po sobie, lub przed sobą następowały.
Zatem reasumując:
- Bliźniaczki albinoski zdradzają redaktorowi Maćkowi straszne tajemnice (konkretnie skąd one takie blade).
- Aneta zaprosiła Krzysztofa na kawę, ten zaś pewnie zdradzi jej za chwilę jakąś tajemnicę.
- Przemo z Sebą eksplorują podziemia Przeciwatomowego Centrum Dowodzenia, starając się rozwikłać tajemnicę tunelu.
- Ich dowódca, któremu kurrrr... czy się cierpliwość, stara się przeniknąć tajemnicę ich zniknięcia.
- Artur z Luną pałęta się po lesie – pożegnaliśmy go, kiedy rozwiązywał tajemnicę ścierwa.
- Bieniowi jakiś tajemniczy gość przylał w głowę...
Istna klątwa tajemnic!
Jeżeli ktoś z Was, nasi czytelnicy pogubił się w wątkach, lub włączył się do naszej wartkiej historii dopiero teraz, zachęcamy do zrobienia kilku kroków wstecz i uporządkowania sobie chronologii, tudzież tak zwanego who is who.
My zaś, wykorzystując nasze know how ruszamy do przodu, na pierwszy ogień biorąc tajemnicze albinoski. Może przynajmniej jedna tajemnica się wyjaśni?

***

Po chwili zamieszania i euforii wywołanej praktycznym pokazem krav magi w wariancie full kontakt (chociaż wydaje się, że gdyby chłopcy od Nastuli chcieli zastosować prawdziwy „full” kontakt, intruzi nie wyszliby o własnych siłach) w Lemonie sytuacja wróciła do stonowanego standardu. Ludzie pochylili się ku sobie, ze śmiechem roztrząsając jakieś swoje sprawy, tylko redaktor Maciek odwrotnie odchylił się na oparcie, jakby uszło z niego całe powietrze.
- Co to było? – rzucił z rezygnacją w nieokreślonym kierunku, chociaż biorąc pod uwagę wydarzenia z ostatnich kilku minut, wiadomo było, że pytanie skierowane jest do jeszcze bardziej bladych niż normalnie bliźniaczek.
- Nic. To tylko dowód, że czas się kończy. – Chyba Blanka rzuciła patrząc na siostrę.
- Czas na co? – Redaktor nie zmieniając pozycji uniósł tylko głowę do pionu i z uwagą przyjrzał się dziewczynom.
- Jest droga, co komuś zdaje się słuszną, lecz w końcu prowadzi do zguby. – Albina (skoro ta druga to Blanka) rzuciła z pozoru refleksyjnie, ale chyba z jakimś podtekstem, bo intensywnie wpatrywała się w siostrę.
- O nie! Zagadki tworzą zagadki! Dziewczyny, bez żartów, miałyście mi coś rozjaśnić, a ściemniacie ponad miarę! Mam powoli tego dosyć! Napady, szarpanina, kopanie po głowie, a na koniec, zamiast wyjaśnień jeszcze gorsze tajemnice.
- Dobra, to bez ściemy, ale i bez pytań. Wyjaśniać będziemy później...
- W sensie, że szczegóły później. Ale ogólnie damy chyba radę naświetlić.
- Na pewno damy, chociaż musimy...
- Poprosić cię Maćku o bezwzględną...
- Dyskrecję.
Redaktor był oszołomiony. Przez chwilę, śledząc dialog sióstr, czuł się jak kibic na meczu tenisowym.
Zresztą trudno to nazwać dialogiem. Dziewczyny uzupełniały się kwestiami, jakby recytowały przygotowany monolog, na dwa głosy.
- Kurde! Co wy, trenowałyście to, czy jesteście jakimiś telepatkami?
- Tak. – Obie skinęły głową w tym samym odruchu.
- Tak – trenowałyście, czy „tak”, jesteście telepatkami? – Maciek wciąż zadawał się nie nadążać.
- Telepatki, połączone, jednogłowe, różnie już nas nazywali – obawiam się, że nie potrafimy ci wyjaśnić dokładnie relacji jaką ze sobą mamy.
- Ale, żeby uprościć sprawę, czytamy w swoich myślach, czy może raczej...
- Słyszymy je nawzajem.
- W praktyce, sprowadza się to do tego, że właściwie myślimy to samo.
- To znaczy, kiedy jesteśmy razem.
Maciek trawił te rewelacje, popatrując to na jedną, to na drugą dziewczynę. Nie mógł zdecydować, czy uwierzyć w to co usłyszał, potraktować jako żart, wkręt, ściemę, czy też może kopnięcie w głowę było mocniejsze niż sądził.
- Powiedzmy, że wam wierzę. – skomentował ostrożnie – Co miało znaczyć to, o czym mówiły te bandziory, że jesteście złodziejkami? Ukradłyście komuś coś?
Blanka na moment się zawahała. Wysuwając brodę do przodu popatrzyła na Albinę. Ta zrobiła identyczną minę, ale musiały w myślach podjąć decyzję, bo po chwili Albina z ociąganiem odrzekła
- To do nich nie należało.
- Czyli jednak... – redaktor zmrużył oczy.
- Nic nie zrozumiesz, dopóki nie wysłuchasz wszystkiego.
- Nie ukradliśmy, tylko... Zabezpieczyliśmy.
- Tak. Zresztą nie. O rany!
- To chodzi o nas.
- Czy można powiedzieć, że same się ukradłyśmy?
- Nic nie kumam! – dziennikarz spojrzał w górę, jakby oczekiwał pomocy z niebios. Tymczasem dostrzegł tylko brudną plamę zacieku na suficie.
- Bo nie słuchasz, tylko zadajesz nieważne pytania.
- Ci faceci chcą nas dopaść.
- Na razie, powiedzmy, w miarę kulturalnie.
- Teraz już wiedzą, że tu jesteśmy...
- No ale i my wiemy, że oni tu są.
- Czyli co? Myślicie, że gdzieś się na was zaczaili? Będą was ścigać? Może trzeba wezwać policję?
Maciek poważnie się zaniepokoił.
- Nie, redaktorze, spokojnie. Oni stracili przewagę zaskoczenia.
- Teraz, kiedy wiemy, że są w pobliżu, będziemy się miały na baczności.
- A co do ścigania... Cóż...
- Ścigają nas, od kiedy się im urwałyśmy.
- To już będzie...
- Ponad 15 lat.

***



ODCINEK 12

Artur wpadł na polankę, zanim przebrzmiał skowyt Luny. Właściwie nie wiedział, czego się może spodziewać, bo jeszcze nigdy nie słyszał aby jego pies wydawał tak przeraźliwe dźwięki. Kiedy zobaczył, że suka stoi i wyraźnie drży, ale na oko nic jej nie jest, kamień spadł mu z serca, jednak tylko na chwilę. W ostrym świetle latarki dostrzegł, że Luna bynajmniej nie wyje do księżyca.
Przed nią leżały zwłoki. A w każdym razie leżał nieruchomo jakiś człowiek. Pies, zauważywszy swojego pana, podbiegł z podkulonym ogonem. Luna zachowywała się tak, jakby chciała się schować za jego nogami i dodatkowo przenikliwie popiskiwała.
Artur przez chwilę nie wiedział co zrobić. Latarka co prawda świeciła mocno, ale z tej odległości nie był w stanie stwierdzić, o co chodzi z leżącym. Smród był co prawda potworny, niemniej to co leżało, wyglądało dosyć świeżo i porządnie. Z drugiej strony jeśli to rzeczywiście zwłoki, zaraz będą mieli do niego pretensje, że coś zadeptał, albo zasmarkał. Na filmach zawsze tak jest. Odcisków palców w każdym razie by nie zostawił, bo nie zamierzał niczego dotykać! Nie zamierzał? A jeśli ten ktoś żyje? Jeśli potrzebna jest pomoc?
W ogóle Artur bardzo nie lubił przekraczać granic prywatności i interesować się cudzym życiem. Jednak prawdopodobieństwo, żeby ktoś sobie przyszedł pospać w środku lasu było znikome. Poza tym, Artur miał wrażenie, że gdzieś już widział ten strój... Strój do biegania.
Ostrożnie zbliżył się do truchła. Delikatnie wcisnął czubek buta pod ramię denata i pociągnął do góry. Ciało odwróciło się z jękiem, a w świetle latarki zamajaczyła znajoma twarz.
- Bieniu! No ja cię proszę!

***

- W prawo, rozumiesz, czy w lewo? – Sebastian zatrzymał się w w korytarzu, biegnącym prostopadle do tego, którym dotychczas się poruszali. Tu też świeciły się jarzeniówki, a betonowe wykończenie tylko miejscami znaczyły zielonkawe zacieki. Biorąc pod uwagę czas, kiedy tunel musiał być budowany, jego stan wydawał się wręcz idealny.
- Czekaj...
- Nigdzie się nie wybieram, rozu...
- Ech! Zachlaśnij się na moment! Usiłuję zorientować się w kierunkach!
- Teraz, mądralo? Co to? Włączył ci się mózgowy kompas? Busola dwupółkilowa?
- Dlaczego "dwupółkilowa".
- Kulowa... Przejęzyczyłem się, rozumiesz? Że półkule dwie...
- Ty, Seba, Ty masz pięciokilowy łeb za to, wiesz?
- No sorki...
- Nie, nie, serio mówię. Za to ja jestem głąb jednopółkulowy. Słuchaj, przecież ja mam kompas w zegarku!
Mówiąc te słowa Przemek już manipulował przy swoim chronometrze marki Casio.
- Nigdy co prawda z niego nie korzystałem, znaczy w terenie, ale się bawiłem i nawet wskazywał północ.
- Ale pod ziemią? W tym betonie... No nie wiem, rozu... nie wiem, czy to zadziała.
- Nie bądź pesymistą. Jeśli nie ma tu zbyt wiele zbrojenia, powinno działać. Popatrz!
Przemek podsunął zegarek koledze pod nos.
- Nie chce być inaczej! Szliśmy z południa na północ. A ten korytarz jest wschód – zachód.
- Czyli? Bo w końcu nie wiem, w którą stronę śmigamy?
- Na zachód! Tam na pewno musi być jakaś cywilizacja!

***

Krzysztof poczuł się nagle bardzo niezręcznie. Jego gospodyni, chociaż jakby nieobecna duchem, fizycznie była całkiem atrakcyjna, a on nie miał w zwyczaju, tak ni z tego ni z owego wkraczać do cudzych prywatnych pieleszy. No bo, co by sobie mógł pomyśleć ktoś, kto by ich zobaczył. Jednak zaraz się zreflektował, że co go to obchodzi.
Zaproszony przez Anetę, usiadł za niskim stołem, zapadając się w kanapę. Po chwili gospodyni wróciła, z dzbankiem herbaty i talerzem ciasteczek. Postawiła wszystko na stole, rozlała napój do szklanek i klapnęła ciężko na krześle naprzeciwko gościa. Wpatrzyła się w niego maślanymi oczyma i... milczała. Jakby się zawiesiła.
- Ekhm – Krzysztof łyknął gorącej herbaty i chrząknięciem przywołał kobietę w okolice Ziemi.
- Przepraszam – chrząknięcie wyraźnie poskutkowało. Zamyśliłam się...
- Więc? Nie chcę ponaglać, ale... – Krzysztof wciąż wydawał się zniecierpliwiony.
- Czyli jest pan synem Krzysztofa?
- Tak, wydaje mi się, że już to mówiłem.
- Jest pan bardzo podobny do ojca...
Krzysztofa jakby ktoś zdzielił między oczy.
- Skąd pani wie? – zapytał ostro, może zbyt ostro – Znała go pani?
Nieznajoma jednak wciąż bardziej patrzyła do wewnątrz, niż na gościa. Zresztą to się tyczyło właściwie wszystkich zmysłów. Sprawiała wrażenie, jakby również słuchała do środka, wąchała, jakby w ogóle była w świecie, do którego tylko ona ma klucz...
- Halo? Pytałem o coś! – Krzysztof wciąż był nieco zbyt natarczywy.
- Tak? Tak przepraszam. – Aneta powoli wracała do rzeczywistości – Znałam go. Znałam pana ojca, to znaczy to musiał być pana ojciec...
- Kiedy?
- Słucham?
- Kiedy to było, kiedy go pani spotkała?
- To było jakieś piętnaście lat temu... Tak, dokładnie piętnaście. Pan musiał być wtedy na świecie...
- No raczej!
- To dziwne... – Aneta zmrużyła oczy, uchyliła usta i wyglądało na to, że liczy coś w myślach.
- Dziwne, że byłem na świecie? – Krzysztof wciąż był zaczepny, lecz wynikało to chyba z jego pierwszego zaskoczenia.
Aneta nie zareagowała na sarkastyczny ton gościa i wciąż nie mogła dojść do wyniku swoich bezgłośnych rachunków, co podkreślała kręcąc głową. Wyraźnie coś się jej nie zgadzało.
- Nie, no to że był pan na świecie nie jest wcale... No nie, nie. Chodzi o to, że musiał pan mieć wtedy pewnie... no nie wiem, dziesięć lat?
- Dokładnie trzynaście. I od trzech lat nie wiedziałem, co się z ojcem dzieje. Może pani powiedzieć wreszcie o co chodzi? Myślałem, że on nie żyje!
- Mój Boże! – Aneta gwałtownie zakryła usta ręką – Mój Boże! – wyszeptała ponownie zza zasłony dłoni.

***

Artur po pierwszym szoku wyszarpał z kieszeni telefon komórkowy. Próbował wystukać jakiś numer, ale ponieważ nie bardzo mógł się zdecydować do kogo powinien zadzwonić, w efekcie klepał tylko bez sensu klawisze swojego starego sony-ericssona. Poza tym próbował zezować na Bienia, a pod nosem uspokajał Lunę.
- Cicho piesku, cicho – mamrotał, chociaż suka ułożyła się u jego stóp i właściwie milczała.
Nagle jednak poderwała się do siadu i gwałtownie zaszczekała przed siebie, w konkretnym kierunku. Artur z roztargnieniem spojrzał w ciemność, by po chwili odruchowo poświecić latarką, trzymaną do tej pory pod pachą. W jego kierunku szybko zbliżała się ciemna postać, trzymając nad głową jakiś przedmiot, z wyraźnym zamiarem gwałtownego opuszczenia go na głowę Artura. Czyli po prostu ktoś chciał go zdzielić w łeb drągiem. Akurat to dało się zrozumieć natychmiast.
Artur upuścił latarkę i gwałtownie odskoczył do tyłu. Przewrócił się przy tym, to znaczy siadł na tyłku, ale błyskawicznie poderwał się gubiąc tym razem telefon. Zdezorientowany nieco latarkowymi wyczynami napastnik, na chwilę stracił orientację, ale szybko ponownie natarł na swoją ofiarę, z uniesionym jak maczuga konarem. Artur zaczął się cofać. Chciał coś powiedzieć, zapytać, ale z jego ust wydobył się jedynie szept.
Gdyby ktoś tam był i obserwował tę scenę, ze zdziwieniem usłyszałby nieco teatralne słowa:
- Ktoś ty!?
Odpowiedź jednak nie padła, za to Artur cofając nogę poczuł jakąś przeszkodę. Za chwilę druga noga zorientowała się że to koniec cofania, a zaraz potem całe ciało zrozumiało to samo. Podcięty od tyłu mężczyzna ponownie usiadł na pupie, to znaczy usiadł by, gdyby miał na czym. To co podcięło jego nogi okazało się swojego rodzaju cembrowiną, więc po chwili machania w powietrzu rękami Artur poczuł się jak Alicja wpadająca do nory królika.
Konsekwencje mogły być całkiem poważne. Wpadanie do studni w środku lasu może się skończyć złamaniem karku, lub przynajmniej połamaniami, lecz to nie była typowa studnia. Kończyła się po dwóch metrach miękkim, wyściełanym igliwiem i mchem dnem.
Uciekinier spojrzał do góry i na tle nieba, które w kontraście do panujących na dole ciemności wydało mu się teraz całkiem jasne, zobaczył złowrogą sylwetkę, wyraźnie zamierzającą się na niego trzymanym wciąż w rękach drągiem. Napastnik cisnął w skulonego na dnie Artura, ale ten instynktownie odturlał się i... I trafił na otwór ukryty u podstawy tej dziwnej studni. Do uniku ta droga była dobra, do ucieczki już mniej.
Po krótkim, biegnącym w bok odcinku tunelu, pod Arturem nagle otworzył się kolejny szyb. Prawie udało mu się złapać dłońmi o krawędź otworu, jakieś szczeble, jednak wszystko działo się zbyt szybko.
Mężczyzna zdążył tylko krzyknąć:
- Aaaaaaaaaaaaaa....
Następnie szyb nieco zmienił kierunek, co też zmieniło nieco krzyk na:
- Au! Ooooo!
A jeszcze za chwilę spadanie się zakończyło, całkiem twardym lądowaniem. Artur poczuł ból w kostce, i upadł na twarde tym razem podłoże. Dopiero teraz zorientował się, że miał mocno zaciśnięte oczy. Teraz wolno je otworzył i zobaczył że znalazł się w oświetlonym pomieszczeniu. Na oko wyglądało to na całkiem porządny tunel.

***



ODCINEK 13

W Krzysztofa jakby piorun strzelił. Piorun z opóźnionym zapłonem i oczywiście nie prawdziwy piorun, tylko taki bardziej umowny. W każdym razie popadł w chwilowy stupor, ogarnął go paraliż, a do kompletu dostał całkiem nie twarzowego wytrzeszczu.
Wygląd gościa sprawił, że dla odmiany Aneta wróciła do rzeczywistości.
Z niepokojem zagadnęła Krzysztofa:
- Wszystko w porządku? Halo? Proszę pana!
Mężczyzna potrząsnął głową jakby liczył, że w ten sposób coś tam się poukłada. Ewidentnie metoda nie poskutkowała, bo nadal wzrok miał otępiały, chociaż wytrzeszcz ustąpił.
- Chwileczkę! – poprosił wyciągając ręce w powstrzymującym geście, jakby Aneta gdzieś się wybierała – Chwileczkę, to dla mnie bardzo ważne! Czy może pani sobie przypomnieć, kiedy dokładnie poznała pani mojego tatę?
- To było lato...
- O rany! – przerwał jej Krzysztof niecierpliwie – Rok! Który to był rok?
- Moment! – gospodyni wstała z krzesła i wybiegła z pokoju.
Po chwili wróciła, trzymając w ręku kilka listów. Jeden z nich miała przed oczami, starając się coś odczytać.
- Dwa tysiące pierwszy. Dwudziesty szósty lutego, dwa tysiące jeden. Czyli poznałam go w dwutysięcznym. Bo potem jeszcze przez pół roku... nawet trochę więcej do mnie pisał. Potem kontakt się urwał.
- Mogę zerknąć? – Krzysztof błagalnie spojrzał na Anetę, ruchem głowy wskazując plik listów w jej rękach.
- Właściwie, to bardzo osobista korespondencja... – kobieta zawahała się, a na jej twarzy zakwitł rumieniec – Nigdy nikomu tego nie pokazywałam, ale...
- Ale to jest wyższa konieczność – gość wszedł jej w słowo.
- Właśnie! – zgodziła się Aneta i podała mężczyźnie listy.
Choć jej gest sprawiał wrażenie desperackiego, kiedy tylko oddała korespondencję wyprostowała się i uśmiechnęła, jakby ktoś zdjął z jej barków ciężar.

***

- Co to było? – Przemek przystanął tak gwałtownie, że Sebastian z rozpędu wpadł na niego.
- Ej no! Co ty robisz! Co co było?
- Nie słyszałeś? Jakby ktoś krzyczał, rozu...
- Czekaj! – przerwał mu Seba, podnosząc rękę do góry.
Z oddali wyraźnie tym razem usłyszeli okrzyk „Au! Ooooo”, a potem głuchy łomot.
- Skąd to było? – Sebastian z napięciem wpatrywał się w kolegę.
- Wydaje mi się, że jakby przed nami, nie?
- No o ile tam się nie rozwidla ten, tfu, korytarz... Też mi się tak wydaje. Co robimy?
- Ty, no rozumiesz, nie chcę nic sugerować, ale to jest być może szansa, żeby nas do cywila nie wyrzucili...
- Znaczy jak to?
- Znaczy, roz... znaczy normalnie. Jeżeli okaże się, że nasza wycieczka będzie miała jakiś sens, na przykład kogoś uratujemy, znajdziemy, albo coś, to może, rozumiesz nam się upiecze.
- Ty, masz rację! Jeszcze wyjdziemy na bohaterów! – w Sebastianie obudził się duch funkcjonariusza. Bardzo młodego funkcjonariusza.
- To co?
- To ruchy! Tylko wiesz co... – tu duch funkcjonariusza okazał swoje nieco bardziej dojrzałe oblicze – Tylko może jednak jakoś tak... ostrożnie, wiesz nie na wariata...
- To się rozumie, rozumiesz! – Szybko, ale ostrożnie, ruchy ruchy Seba!
Napędzani poczuciem misji młodzi policyjni adepci szybkim krokiem, rozglądając się na wszystkie strony ruszyli w kierunku, z którego dobiegł ich krzyk i odgłos upadku. Szło im tym łatwiej, że korytarz wciąż był całkiem dobrze oświetlony.

***

Redaktor Maciek był oszołomiony. Po pierwsze sposób prowadzenia konwersacji przez bliźniaczki potrafił wbić w konsternację nawet najbardziej spokojnego słuchacza. Po drugie osoby, które dotychczas brał za może i dziwne, ale raczej niewinne i niegroźne istoty zaczęły mu się jawić nieomal jak agentki obcego wywiadu. Po trzecie zaś, i to było najbardziej szokujące, zdał sobie sprawę, że w małych, gnuśnych Łomiankach trafia mu się temat, na który inni czekają czasem całe życie!
- Czyli... mam rozumieć... – próbował zreasumować to co przed chwilą usłyszał – Że... właściwie... Kurde, no sorry, ja nic nie rozumiem!
- Właściwie, nie ma w tym nic dziwnego. – potwierdziła chyba-Blanka.
- Bo – kontynuowała Albina – pełnego oglądu nie ma nikt i tak naprawdę tylko to...
- Gwarantuje nam bezpieczeństwo. – dokończyła jej siostra.
- Po pierwsze – wtrącił się redaktor – czy mogłybyście mówić pojedynczo? Bo w taki sposób, jak teraz, to obawiam się, że za chwilę nabawię się schizofrenii. To raz. Po drugie ustaliliśmy sobie, że macie zapewnioną całkowitą dyskrecję. I to gwarantuję wam, jako ochronę... tego, no... źródła.
Argument ze źródłem zabrzmiał chyba nieźle i Maciek w duchu pogratulował sobie fascynacji Millenium Stiega Larssona i fascynacji Mikaelem Blomqvistem. Zaraz jednak został zgaszony przez Albinę:
- Jakiego źródła? Czy ty myślisz, że robisz z nami jakiś śmieszny wywiad? Ta tajemnica ratuje nam życie już od piętnastu lat i nie zamierzamy nikomu jej zdradzać jeżeli by cokolwiek, choćby troszeczkę, miało nam zagrażać!
- Oj no... Spokojnie, spokojnie! – przerwał tę gwałtowną tyradę redaktor – Tak mi się po dziennikarsku powiedziało. Wszystko co powiecie zostanie, że tak powiem, w mojej głowie. Chyba, że zdecydujecie inaczej... Znaczy zgodzicie się na publikację, czy coś? – w jego głosie zabrzmiała prośba.
Siostry spojrzały na siebie i jednocześnie wzruszyły ramionami, jakby odpowiadały sobie na pytanie, które widocznie padło w ich telepatycznej przestrzeni.
Maciek popatrzył na nie i jeszcze raz spróbował, tym razem idąc w przekorę.
- Ale, tak między nami, skoro nie zgadzacie się, żebym to opisywał, to po co chcecie mi opowiadać?
Chyba-Blanka odparła, zanim redaktor skończył zadawać pytanie:
- Bo już dużo widziałeś. Widziałeś, że nas zaatakowali, potem zdradziliśmy ci część naszych umiejętności...
- Część? – wyrwało się Maćkowi
- No, tak. Część. Niewielką. Poza tym, wolimy cię mieć po naszej stronie, to znaczy wolałybyśmy, żebyś nic sam na nasz temat nie kombinował... Bo to tylko może nam zaszkodzić. No i na koniec, może rzeczywiście chciałybyśmy, żeby ktoś to wszystko zebrał do kupy i... Miał. Na razie tylko trzymał, jako – powiedzmy – polisę dla nas.
- Dzięki, że zaczęłyście mówić pojedynczo, ale, czy mam rozumieć, że jeśli poznam wasze tajemnice, to...
- Również możesz czuć się zagrożony. Tak.
Albina jakby tym razem czytała w myślach redaktora.
Maciek uważnie popatrzył na swoje rozmówczynie. Coś tam sobie przekalkulował, po czym zdecydowanym głosem zachęcił:
- No dobra, to zaczynajcie!

***

Artur przetoczył się na bok i podciągnął na łokciach. Przez chwilę nie podnosił się z czworaków, zbierając myśli. Zerknął ze swojej psiej perspektywy w prawo, a potem w lewo. Nic tam nie zauważył, oczywiście poza absurdalnym, oświetlonym korytarzem, którego nie powinno być w tym miejscu. To znaczy dziesięć metrów pod puszczą Kampinoską. Dziesięć?
Artur szybko przeliczył – jakieś dwa metry pierwszej studni, potem delikatny spadek w bocznej niszy, a dalej już tylko szyb, w którym próba chwycenia metalowych szczebli spowolniła upadek. Ile to mogło być? Pięć? Sześć metrów? Szyb, z którego wypadł do korytarza był wąski – dzięki temu szczęśliwie nie obrócił się głową w dół, no ale i tak kostka ucierpiała.
Artur, który zdążył wstać, uświadomił sobie, że jego staw skokowy jest już mocno spuchnięty, a próba stanięcia na lewej stopie skończyła się przeszywającym całe ciało bólem.
No tak... – otwór, z którego przed chwilą wypadł znajdował się dobre trzy metry nad jego głową...
W sumie jednak skręcona kostka, ponaciągane mięśnie i kilka siniaków to i tak niezbyt wielka cena, jak za taką karkołomną podróż.
No i uciekł prześladowcy.
Prześladowcy!
Artur zastygł, nasłuchując. Nic.
Na górze panowała cisza, z szybu nie dochodził żaden dźwięk, co go uspokoiło, bo schodzenie po metalowych szczeblach przez wąski otwór raczej nie było możliwe bez żadnego hałasu.
Gdzieś tu powinna być drabinka, po której można by było dostać się do otworu w suficie. – Pomyślał Artur i ponownie rozejrzał się po otoczeniu.
Nagle coś mu przyszło do głowy i spojrzał jeszcze raz na wylot szybu.
- Aha! Była tam! – teraz kiedy wiedział czego szuka, zobaczył końcówkę metalowej drabinki majaczącą w ciemności.
Nagle serce Arturowi zabiło mocniej. Z tunelu po lewej stronie usłyszał jakiś rumor, a zaraz potem:
- Ej no! Uważaj, rozumiesz! Zęby przez ciebie wybiję!
- Sorry, sorry, moja wina!
Artur nie miał się gdzie schować. Uciekać ze skręconą kostką też raczej nie mógł. Oparł się więc o ścianę i przyjął pozycję obronną.

***



ODCINEK 14

Z wzniesionymi w gardzie ramionami Artur wpatrywał się w mrok korytarza, z którego nadchodziło niebezpieczeństwo. Odgłos kroków słychać było coraz bliżej. Jeszcze raz omiótł spojrzeniem najbliższe otoczenie. Nagle coś przykuło jego uwagę – pod przeciwną ścianą korytarza leżał stalowy przedmiot. To znaczy wyglądał na stalowy. Była to rura, długości około pół metra i średnicy mniej więcej czterech centymetrów. Na jednym końcu miała przyspawane wąsy, przypominające widełki.
Artur domyślił się, że to element tyczki, która służyła do ściągania drabiny z pionowego szybu. Niestety tyczki nigdzie nie było, ale...
Artur pomyślał, że kawał stalowej rury, to coś lepszego niż tylko gołe pięści, tym bardziej, że nadchodzących było przynajmniej dwóch. Nie namyślając się długo, zapominając o urazie nogi wykonał krok w stronę oręża. To okazało się bolesne. Lewa noga nie wytrzymała i mężczyzna wyrżnął jak długi na ziemię.
Upadając dostrzegł kątem oka zbliżające się cienie.
To było ostatnie co zobaczył, bo w momencie kiedy jego ciało zetknęło się z zimną, betonową posadzką, zgasło światło. Zanim zdążył choćby się odturlać poczuł, że ktoś się o niego potyka, a zaraz do kompletu dołączył ktoś następny, przewracając się o rosnące kłębowisko.
- O ja cię!
- Trup! Ciało... rozumiesz!
- Ała...
Leżąca grupa, choć obolała była dosyć dynamiczna. Artur korzystając z łokci wysunął się spod spodu i czołgając przesunął się pod ścianę. Dwóch pozostałych uczestników kolizji pośród stękań, jęków i wzajemnych oskarżeń usiłowało wyplątać się z siebie.

***

Do prowizorycznego mobilnego laboratorium we wnętrzu furgonetki wszedł mężczyzna. Na oko miał około pięćdziesiątki, ale równie dobrze mógł być starszy. Do czerstwego wyglądu faceta-który-nie-jedno-widział dziwnie nie pasowała plastikowa walizeczka w typie kabinówki. Zatrzymał się, nie przekraczając przezroczystej, foliowej zapory.
- No dobra, co tam mamy? – rzucił gromko w stronę postaci pochylonych nad laboratoryjnym blatem.
Wszystkie trzy osoby w kosmicznych kombinezonach, odwróciły się jak na komendę, a następnie popatrzyły na siebie z wyraźną konsternacją. Przez plastikową osłonę nie mogli dobrze widzieć, kto zakłócił ich badania, więc jeden z laborantów podszedł do przegrody i wystawił głowę przez otwór.
- O co chodzi? – dobyło się zza plastikowej szyby.
- Pytam, co tam mamy. – odparł przybysz, który tym czasem zdążył się odwrócić i właśnie otwierał walizeczkę, którą umieścił na blacie umocowanym do burty furgonetki.
- Ale kto do diabła... – zaczął ze złością kosmiczny gospodarz, podnosząc jednocześnie przyłbicę – Kim...
- Witaj Bogdan, tak myślałem, że cię tutaj spotkam! – gość odwrócił się na powrót do przegrody, a na jego twarzy zakwitł uśmiech. Uśmiechały się usta, lecz oczy pozostały zimne.
- Krzysztof... co do diabła, przecież ty nie żyjesz...!
- Jak widać plotki o mojej śmierci były przesadzone. Dowiem się wreszcie, co znaleźliście?
Zamiast odpowiedzieć, mężczyzna opuścił przyłbicę i cofnął się do swoich towarzyszy, którzy tymczasem wrócili do swoich zajęć. Po chwili wszyscy trzej obrócili się od blatu, a na szybach osłaniających ich twarze malowało się (o ile to możliwe) bezbrzeżne zdziwienie.
Po chwili wszyscy trzej byli w strefie bezpiecznej, i otaczali nieoczekiwanego przybysza, zasypując go pytaniami. - Panowie – żachnął się Krzysztof – nie czas teraz na opowieści życia. Wiecie dlaczego tu jestem, a jak wystarczy czasu, opowiem dlaczego, hmmm... przez jakiś czas nie żyłem. Póki co, każda chwila jest droga...

***

- Co to za pierdoły? – Krzysztof przekładał kartki a na jego twarzy kwitło zakłopotanie zmieszane z niesmakiem.
- Jak pan może! – Aneta zastygła z dłonią zakrywającą usta i wyglądała jak ucieleśnienie świętego oburzenia. – Jak pan może! To słowa wrażliwe, to myśli piękne, to zapis czegoś, czego zapisać się nie da...
- Dobra, rozumiem – ton Krzysztofa stał się sarkastyczny – romansik, te rzeczy, a dziecko w domu płacze? Co mi tu pani...
- Nie było żadnego romansu! – Aneta nieomal się wściekła – Żadnego romansu! Rozumie pan! Proszę natychmiast oddać te listy! - Dobra, przepraszam – gość oddał plik kartek gospodyni – Proszę mi wybaczyć, ale trochę mnie to wszystko walnęło. Rozumiem, że w czasie, kiedy się spotykaliście...
- Nie spotykaliśmy się!
- No, okej, ale widywaliście się tak?
- Spotykaliśmy się tak.
- Jezu, przed chwilą pani mówiła, żeście się nie spotykali...
- Bo nie spotykaliśmy się w takim sensie!
- Rozumiem, w każdym razie, chodzi mi o to, czy on tu gdzieś mieszkał?
Aneta zamyśliła się. Po chwili z przymrużonymi oczami i przechyloną głową spojrzała na mężczyznę.
- Teraz jak pan o to spytał, to musze przyznać, że to jest dziwne. Bo...
- Bo?
- Bo niby wydawało mi się, że gdzieś tu musi mieszkać, ale nigdy o tym nie było mowy i ostatecznie spotykaliśmy się zawsze w tym samym miejscu...
- Mówiła pani, że to nie były schadzki.
- Bo nie były. Po prostu jak szłam na spacer, albo jechałam na rowerze, on tam był. Zawsze w tym samym miejscu i...
- I? I co? – Krzysztof był napięty jak struna G w fortepianie.
- I to było dziwne miejsce.
- Całe te Łomianki to dziwne miejsce!
Aneta tym razem nie dała się zbić z pantałyku
– Cicho! Niech pan słucha – miejsce było dziwne, bo nie było tam domów, ani nic ciekawego. A on sobie stał, czasem palił papierosa, jakby... jakby...
- No?
- Jakby nie wiem, wyszedł właśnie z lasu.
- Aha i gdzie to dokładnie było?
- Przy Sierakowskiej. A co?
- A nic. Bo właśnie sobie tam pójdę.

***

- Walnij mnie jeszcze raz, to rozumiesz, ja cię walnę!
- To ty mnie kopnąłeś, żebym ja cię zaraz nie kopnął! Dosyć!... Co z tym trupem.
W ciemności rozbłysł ekran komórki.
- Jezu! Weź nie strasz! Ostrzegaj człowieku... – ostatnie przeżycia wyraźnie nadszarpnęły nerwy Sebastiana.
- No co, komórka tu nie łączy, ale przecież smartfon w ogóle działa. Poczekaj, rozumiesz, zaraz włączę latarkę.
Snop ledowego światła rozświetlił tunel. Artur, choć wciąż odczołgiwał się od dziwnych przybyszy, zastygł jak owad w bursztynie. Zapanowała konsternacja, zresztą z obu stron.
- Ty, on żyje! – Sebastian nie mógł się zdecydować, czy widoczna postać bardziej go fascynuje, czy napawa strachem.
- Widzę. Kim pan jest!? – Przemo zachował policyjny refleks – Obywatelu... – dodał, aby nadać swojemu pytaniu bardziej formalny ton.
Artur zorientował się, że tych młodzieńców raczej nie musi się obawiać.
- Możesz mi kolego nie świecić po oczach? Może to wy się przedstawicie? Ja tu byłem wcześniej.
Na takie dictum Przemek na moment odwrócił się do Sebastiana, jednocześnie go oświetlając. Artur z ulgą zobaczył polowe mundury chłopaków i pomyślał, ze może jakoś uda się wyjść z tej sytuacji.
- Dobra, panowie, widzę, że jesteście z policji. Ja natomiast jestem raczej praworządnym obywatelem, więc akurat mnie nie musicie się obawiać. Od razu mówię, trupem co prawda nie jestem, ale kostkę mam zwichniętą, jeśli nie złamaną, zatem nie zamierzam uciekać.
- No... – rozpoczął z wahaniem Przemek – ale jak...
- Wszystko wam wyjaśnię, to znaczy to co wiem, chętnie też dowiem się co tu robicie, ale proponuję, żebyście usiedli tu koło mnie i zgasili ten telefon. Nie znam się na tych nowoczesnych gadżetach, ale tak sobie myślę, że światło może nam być jeszcze potrzebne, jeśli chcemy stąd wyjść. Przynajmniej, żeby znaleźć ten włącznik, który ktoś wyłączył.
Przemek nie gasząc na razie telefonu obejrzał najbliższe otoczenie. Jego uwadze nie umknęła stalowa końcówka tyczki do ściągania drabiny, którą wcześniej wypatrzył Artur. Podniósł ją ziemi, apotem wzruszając ramionami zasygnalizował Sebastianowi, że chyba nic nie mają do stracenia. Zbliżyli się do mężczyzny i przykucnęli, zachowując jednak pewien dystans. Artur pokręcił głową z dezaprobatą.
- Nie wiem, jak was w tej szkole uczą, ale zapamiętajcie sobie, jeśli chcecie gdzieś zajść... Nie możecie tak ufać ludziom!
***

[C] www.lomianki.info






KOMENTARZE UŻYTKOWNIKÓW www.LOMIANKI.INFO
Komentarze zamieszczane na portalu są opinią użytkowników.
NIEZALOGOWANY: #Mirek IP: 178.42.56.*
2014-02-13, 18:23    
Szykuje się z tego projektu całkiem dobra powieść. Trzyma w napięciu i czeka się na ciąg dalszy z niecierpliwością.
Trochę może egoistycznie, ale proponuje aby następne części ukazywały się trochę częściej :)

Co do treści, po przeczytaniu całości, gdzieś zniknął intrygujący wątek Krzysztofa. Mam nadzieję, że wróci w najmniej oczekiwanym momencie.
NIEZALOGOWANY: #AS IP: 178.42.170.*
2014-02-15, 09:30    
Zajefajny pomysł z tą powieścią. Trochę wątki pourywane ale rozumiem, że wszystko ostatecznie się pospina.
NIEZALOGOWANY: #opus IP: 46.77.124.*
2014-02-16, 11:40    
Intrygujące blond halucynacje. Podoba mi się to.
NIEZALOGOWANY: #Yugofan IP: 194.17.142.*
2014-02-25, 01:01    
Zaczyna być ciekawie. Czy jest możliwe aby miedzy kwaterą dowodzenia na Dąbrowie miała połączenia podziemne z Dziekanowem?Ja upatruje w tym kanale jakiejś fabuły.
Może policjant wpadnie do jakiegoś podziemnego miasta na kształt "undergroundu" Kustoricy. Blondyny moglyby być wlasnie z tego podziemnego miasta.

Odcinki powinny pojawiać się częściej!
NIEZALOGOWANY: #ZuZuZa IP: 178.32.181.*
2014-03-17, 14:18    
Kiedy ciąg dalszy? Troche długo każecie nam czekać na następne fragmenty. LITOŚCI :))))))))
NIEZALOGOWANY: #PawełP IP: 83.9.202.*
2014-03-29, 11:33    
Koniecznie ciągnijcie akcję z bunkrami w Dąbrowie. To zaginięcie Seby musi mieć coś wspólnego z obcymi przy szpitalu. Podoba mi się.
NIEZALOGOWANY: #Marek IP: 46.77.124.*
2014-03-29, 23:29    
Całkiem to dobre :-) Podoba mi się umieszczenie, zapowiada się, że abstrakcyjnych wydarzeń w miejscach wszystkim w Łomiankach znanych.
Bardzo interesujący pomysł. Ciekaw jestem rozwoju zdarzeń:-)
2014-03-31, 21:38    
Proszę proszę, i Lemon tree, i portal sie pojawił. Ciekawie choć dużo wątków, ale pewnie w końcu wszystkie spotkają się w jednym punkcie.
NIEZALOGOWANY: #SEBASTIAN IP: 178.42.119.*
2014-04-23, 00:50    
Długo trzeba będzie czekać na kolejny odcinek? Czekam na kolejne przygody zwłaszcza blond niewiast i duetu policyjnego.
No i jedno pytanie mam. Gdzie zaginął wątek "Krzysztof"?
NIEZALOGOWANY: #Rumcek IP: 83.28.41.*
2014-05-14, 23:25    
Kiedy ciąg dalszy? W gazecie Info był fragment i miało być na stronie więcej. I nie ma o!
NIEZALOGOWANY: #Paweł IP: 83.9.4.*
2014-06-03, 18:32    
Kiedy więcej? Zaczynam się trochę niepokoić brakiem. W ostatniej Gazecie Info owszem jest fragment, ale mało, mało!
NIEZALOGOWANY: #Paweł IP: 83.24.12.*
2014-07-28, 02:43    
NALEGAM!!! Historia jest na tyle ciekawa, że powinna się ukazywać częściej. Nie każcie mi czekać na następną część znowu kilka tygodni.
NIEZALOGOWANY: #Rafal IP: 178.42.110.*
2014-09-14, 11:53    
Ciekawie się czyta. Historia ma potencjał. Podoba mi się wątek bliźniaczek oraz tajemnicza sprawa w Dziekanowie co mam przeczucie, że ma coś wspólnego z przygodami policjantów w schronie na Dąbrowie.

Gdzieś zginął Krzysztof. Co u niego słychać?
NIEZALOGOWANY: #Rumcek IP: 83.28.39.*
2014-11-23, 18:14    
Czy powieść będzie miała ciąg dalszy?
NIEZALOGOWANY: #Barracuda IP: 5.172.252.*
2014-12-20, 00:39    
Po przeczytaniu kilku zdań w gazecie ciekawym był ciągu dalszego. A tu !!! ku memu zdziwieniu jest już kawał dobrego opowiadania. I to całkiem ciekawie się czyta.
Czekam, bo jak widać czekać warto.

Barracuda
NIEZALOGOWANY: #Paweł IP: 83.6.187.*
2015-03-05, 02:41    
Proszę kolejny raz, nalegam uporczywie o zwiększenie "częstotliwości" ukazywania się nowych odcinków.
NIEZALOGOWANY: #Miłosz IP: 79.185.207.*
2017-05-20, 16:25    
Ciekawię się rozwija. Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy.
Dodaj komentarz...

Aby dodać komentarz najpierw ZALOGUJ SIĘ lub ZAŁÓŻ KONTO

Aktualnie jesteś "NIEZALOGOWANY" podaj nick tymczasowy:



Publikacja komentarza oznacza akceptację regulaminu

Czy zapoznałeś się z regulaminem




KONTAKT · ZASADY WSPÓLPRACY · REGULAMIN · COOKIES · # 1
© LOMIANKI.INFO 2006-2013   |   PARTNERZY: Pracownia NAWIAS & Internet Business System   |   Phetrak IT






Helios Travel biuro podróży Łomianki


Szybkie pożyczki Takto Finanse


Pożyczki na raty Ferratum